Manny

środa, 28 czerwca 2017

#Transatlantyk


Najmilsi.


Jeśli wytrwale śledzicie losy Annie i Nialla, zapewne rzucił Wam się w oczy dość niespodziewany, ostatni rozdział. Również, z mniejszym uśmiechem na twarzy, brak nowych fragmentów.
#52 miał dla mnie ogromną wartość emocjonalną. Wbrew pozorom, odgrywa on jedną z kluczowych roli w całej  serii.

TLM jest opowiadaniem, które przez wiele miesięcy wyrywałam prosto ze swojego serca. Doszło niestety do etapu, w którym nie odróżniałam rzeczywistości od fikcji, utopiłam się w głębokiej wodzie mimo życia w przekonaniu, że umiem dobrze pływać.
 To opowiadanie dla mnie nigdy nie będzie miało końca, blog będzie aktywny chyba już zawsze, cierpliwie ciekając na kolejne przygody mojej ulubionej pary.

Widziałam jednak, jak negatywnie wpływało na mnie bycie przyklejoną do ich związku i do wymuszania jego prawdy. Posiadanie tak rozbudowanej wyobraźni było niesamowitym przeżyciem, zazdroszczę sama sobie, ale nie jestem w stanie tak funkcjonować cały czas. Nie, jeśli mam coraz więcej obowiązków własnego, dorosłego życia. #bełkot.

Jeśli kochacie Niannie choć w połowie tak bardzo jak ja i jeśli macie choć trochę w sobie empatii to zaufajcie mi, gdy teraz napiszę, że nie kończę TLM.

Bardzo zależy mi na rozwoju pisarskim i muszę to zrobić na nieco innym polu. Książki z reguły mają początek, środek, koniec. Dlatego z własnej potrzeby i chęci pracy nad własną kreatywnością, zaczęłam tworzyć coś nowego. To coś nosi tytuł "Transatlantyk".

https://www.wattpad.com/432615377-transatlantyk-rozdzia%C5%82-1

Książkę z pierwszym rozdziałem znajdziecie niebawem na Wattpadzie. Jest w języku polskim (na razie/niestety/jeszcze nie dorosłam aż tak, żeby rzucić się do najgłębszego oceanu), więc mam nadzieję choć kilka osób stąd zerknie na to, co nabazgrałam.

Wśród głównych bohaterów wciąż znajdziecie Nialla, tyle że w innej roli. Jednej z głównych, ale tym razem w drogim lofcie w Nowym Jorku.

Wciąż w najmniej oczekiwanym momencie może się tu zdarzyć #53 i będę więcej jak szczęśliwa, jeśli mnie nie opuścicie.

A tym czasem najserdeczniej zapraszam Was na Transatlantyk, który również potrzebuje trochę miłości, również należy do fanfiction, również jest pisany przeze mnie.



Jeśli ktoś tu został, to dziękuję. I obiecuję, że nie zawiodę. Nawet siebie.


love
manny
xx

wtorek, 16 maja 2017

#52








I never came to the beach, or stood by the ocean
I never sat by the shore, under the sun with my feet in the sand

                Piasek pomiędzy palcami u stóp łaskotał mnie, ale nie był przy tym uciążliwy. Zwracałam uwagę na poszczególne ziarenka masujące moją skórę, a nie to w jaki sposób mnie drapały. Fale oceanu obijały się o podłoże, uspokajając swój bieg metr ode mnie. Ich szum uspokajał moje zlęknione myśli i ponaciągane do granic możliwości nerwy. Skórę miałam bladą na tle złocistego słońca i brązowego piachu, rozgrzewała się dopiero i przyzwyczajała do tak nie-londyńskiego ciepła.
                Nie miałam pojęcia, dokąd idę. Na plecach niedbale niosłam mój plecak, w którym miałam luzem rzucone losowe przedmioty. Nie miałam na nosie okularów przeciwsłonecznych, bo zapomniałam je zapakować. Nogawki jasnych jeansów podciągnęłam, żeby woda mogła swobodnie dotykać moich kostek co jakiś czas.
                Jedyne co byłam w stanie odczuć, w tym stanie emocjonalnej nieważkości, było bicie serca. Równomiernie wybijało swój rytm i nie dawało o sobie zapomnieć. Filtrowało ostatki ciepła, które przepływało przez cały mój organizm, potrzebne do przetrwania. Nie sądziłam, że tu wrócę. Nie wyobrażałam sobie momentu, w którym moja noga stanie na kalifornijskiej ziemi. Byłam emocjonalnym strzępkiem, skrawkiem materiału oderwanym od całego ubrania, podziurawionym i spranym przez niezliczone próby oczyszczenia z brudów. Ledwie trzymająca się w jednym kawałku szłam wzdłuż wybrzeża, zastanawiając się co dalej. Gdzie iść? W którą stronę? A co najważniejsze, kiedy stanąć twarzą w twarz z życiem?

                                            And sometimes I get so scared of what I can't understand

                Wiedziałam, że impreza miała jeszcze trwać w najlepsze. Dźwiękowcy zbierali swoje rzeczy, zamieniali się sprzętami, wymieniali potrzebne elementy. Fani jednego z wykonawców uparcie trwali przy barierkach, czekając na ostatnie melodie płynące z głośników. Gorące słońce suszyło wszystko, co spotkało na swojej drodze, łącznie z moją głową. Ale nie czułam nic.
Weszłam na teren legalnie – kupiłam bilet, jeden z ostatnich. Nie miałam na szyi opaski świadczącej, że jestem ważną osobą. Byłam zwykłą dziewczyną, w tych samych, lekko zamoczonych na końcach nogawek jeansach, luźnej koszulce i z plecakiem. Rozglądałam się dookoła, szukając jakiegokolwiek motywatora. Szukałam celu, szukałam potrzeby. Przeszłam się pomiędzy dalszymi rzędami areny, lądując na wprost sceny. Jedna z popowych piosenkarek kończyła swój utwór, nawet go znałam. Ale nie miałam ochoty śpiewać razem z nią, ani kiwać się w rytm.
Zatrzymałam się w momencie, gdy ktoś obok mnie przeszedł. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie imię, które padło z jej ust. Stanęłam o tyle niefortunnie, że wpadłam komuś pod nogi – zderzyłam się z parą ramion, ale nawet na siebie nie przeklęłam. Spodziewałam się, że jeszcze nie raz dzisiaj popełnię jakąś gafę. Ale nie przejmowałam się tym.
- Przepraszam. – Mruknęłam. Odwróciłam się lekko w stronę dwóch kobiet, z którymi miałam bliskie spotkanie. Wymusiłam uniesienie jednego z kącików ust w uprzejmym geście, ale zamienił się on zaraz w przerażenie.
- Och, Annie! Tyle czasu się nie widziałyśmy, kochanie! – Zostałam nagle wciśnięta w ciepłe ramiona blondynki.
- Helene. – Szepnęłam, doprowadzając imię do swojej świadomości. Kobieta odsunęła się ode mnie, wciąż trzymała jednak za ramiona i pozwoliła sobie zlustrować mnie spojrzeniem. Sama nigdy nie wyglądała na swój wiek, była energiczną kobietą i prawdziwie utalentowaną. Niejedna wspólnie spędzona trasa koncertowa była za nami, więc trudno żeby mnie nie poznała. Uśmiechnęłam się odrobinę szerzej, pełna już świadomości. Tęskniłam za nią.
- Ja, um… Nie wiedziałam, że jesteś w Ameryce? – Zaczęła niepewnie. Wciąż pamiętałam jej zajęcia z chłopakami, mozolne próby wyćwiczenia niektórych tonów z ich młodych głosów.
- Przyleciałam kilka godzin temu. – Odparłam. Zmęczona byłam okazywaniem emocji, więc pozbyłam się jakiejkolwiek barwy z mojej wypowiedzi. Ściągnęła brwi i otworzyła usta, ale minęła chwila, zanim cokolwiek powiedziała.
- To jest Sarah.. – Pokazała na śliczną szatynkę, która stała obok. Jej idealne loki wesoło prężyły się z każdym ruchem głowy, a czerwona szminka podkreślała urodę. Wyciągnęła do mnie rękę ze słabym uśmiechem, więc ją uścisnęłam.
- Cześć. Annie.
- Szłyśmy właśnie za kulisy, dołączysz do nas? – Zapytała. Nie winiłam ją za niezręczny ton, miała prawo mieć swoje przemyślenia i wątpliwości na mój temat.
- No nie wiem… - Mruknęłam. Zaczęłam rozglądać się dookoła, szukając właściwej podpowiedzi. Oczywiście jej nie znalazłam, jedynie przefiltrowałam wzrokiem najbliższe twarze fanów muzyki i dobrej zabawy oraz kilku ochroniarzy. Pokręciłam głową i opuściłam wzrok, rozumiejąc co się dzieje.
Dzieliły mnie od niego metry.
- Myślę, że się ucieszy. – Dodała po chwili. Widziała, jak zrezygnowana szukam ratunku wszędzie, tylko nie w prawdzie. Nie wiem, ile rozumiała, ale w tamtej chwili wystarczająco, by chcieć pomóc.

                Szurałam trampkami po zielonej, nieco wydeptanej trawie. Helene i Sarah kontynuowały swoją rozmowę o czymś, o czym nie miałam pojęcia. Doszłyśmy do bocznego wejścia za zabudowaną scenę, gdzie za barierkami widać było kilka kontenerów i przyczep kempingowych, które robiły za kulisy. Dwóch barczystych ochroniarzy stało przy przejściu. Zmalałam pod ich karcących wzrokiem, zdając sobie sprawę z kluczowej sprawy. Nie miałam wstępu za kulisy.
- Ona jest z nami, tylko nie dostała plakietki. – Odezwała się blondynka. Panowie spojrzeli na siebie, po czym sprawdzili przepustki dziewczyn i zerknęli na mnie.
- Hej, Sarah! – Ktoś krzyknął przed nami. Brunet w ciemnych okularach pomachał w naszą stronę wyraźnie pokazując, że nas zna. – Robert, wpuść je do nas. I tak się zbieramy! – Dopowiedział do jednego z ochroniarzy. Przepuścił nas w przejściu, ale nie obeszło się bez długiego, kontrolnego spojrzenia w moją stronę. Byłam dla nich nikim.
                Z odległości kilkunastu metrów, dostrzegłam grupkę kilku mężczyzn i dziewczyny. Kojarzyłam ją z okładki któregoś znanego singla, ale nie pamiętałam jej imienia. Zaśmiała się w głos razem z dwoma chłopakami. Serce, które do tej pory biło mi wyraźnie, zatrzymało na ten ułamek sekundy, gdy go usłyszałam. Nie pomyliłabym jego śmiechu, bo był najszczęśliwiej brzmiącą melodią w moim świecie. Popił wodę z małej butelki i oparł się barkiem o przyczepę, stojąc tyłem do mnie.
                Nie był już w ogóle blondynem, ale nie zwalniało mnie to z umiejętności rozpoznania go po najmniejszych detalach. Sposób, w jaki układały mu się nogi, jak szerokie ramiona chowały się pod koszulą. Jak dwa kosmyki zawijały się przy szyi w inną stronę, niż reszta. W lewej tylnej kieszeni telefon. Wszystko tak znajome, a tak odległe.
                Nawet się nie zorientowałam, gdy przestałam maszerować. Szatynka bez zawahania podeszła do grupki z szerokim uśmiechem, niczym się nie przejmując. Zacisnęłam zęby na dolnej wardze, gdy celowo zderzyła się z nim biodrem. On zaczepnie wbił jej palec w żebra i przez chwilę się tak przekomarzali, gdy ja nie wiedziałam co moje oczy widzą. Obraz zadrżał przez łzy, które uformowały się pod powiekami i za kolejnym mrugnięciem zaczęły spływać po policzkach. Helene rozejrzała się w poszukiwaniu mnie. Westchnęła cicho, widząc jak nie potrafię się ruszyć z odległości tych kilku metrów. Jeden z chłopaków odwrócił się w moją stronę i uniósł jedną z brwi. Nie znałam go, więc on też nie mógł mnie kojarzyć. Byłam dla nich intruzem, osobą obcą i niezaufaną. Po prostu mnie nie znali.
- Czuję, że cię skądś kojarzę, tylko nie pamiętam skąd. – Usłyszałam nagle z ust jednego, tego w kapeluszu. Miał irlandzki akcent, nietrudny do rozpoznania, ale po raz pierwszy widziałam człowieka na oczy.
                Jego głos zwrócił uwagę pozostałych, którzy zerknęli w moją stronę. Wszyscy, łącznie z nim. Musiał odwrócić się cały, nie tylko głową, żeby się upewnić. Szeroki uśmiech, który sekundę wcześniej widniał na jego pięknej twarzy, zniknął. Zamienił się w minę pełną szoku.
- Nie wierzę. – Szepnął po chwili. Zdjął z nosa ciemne okulary i położył je sobie na głowie. Niebieskie tęczówki intensywnie się we mnie wpatrywały, jakbym była duchem. – Annie..
                Pokiwałam głową. Nie wiedziałam jak inaczej zareagować, więc po prostu skinęłam głową. Widok jego, całego i zdrowego, uśmiechniętego i radosnego, łamał mi serce. Nie dlatego, że życzyłam mu źle. Cierpiałam, bo wydawał się szczęśliwy beze mnie.

But here I am, next to you
The sky's more blue in Malibu
Next to you in Malibu

                Kolejna, a właściwie jedyna rzecz jaką pamiętam, to jego ramiona. Szybko zamknął mnie w uścisku, gdy pokonał tę krótką dzielącą nas odległość. Moja twarz przyciskana była tuż pod jego brodą, w szyję. Ręce wczepiłam w jego plecy, gdy ten całym sobą obejmował mnie niesamowicie mocno. Kiedyś skarciłabym go za to, że zrobi mi przypadkiem krzywdę ze swoją siłą w ramionach. Teraz mnie to nie obchodziło. Choćbym miała umrzeć, zrobiłabym to w jego ramionach.
                Zaczęłam się trząść. Rozpłakałam się jak pięcioletnie dziecko, gdy zedrze sobie paskudnie skórę na kolanie podczas jazdy na hulajnodze.
- I’m so sorry… - Jęknęłam nieszczęśliwie. Pociągnęłam nosem, tłumiąc w sobie potężny szloch. Moja podświadomość dziwiła się, że mnie do siebie jeszcze tulił. Nie odepchnął, nie zesztywniał z niezręczności, nie zerwał kontaktu, gdy wylałam na niego swoje uczucia.
                Zamknęłam oczy, chcąc zatrzymać w pamięci tę chwilę. Połączyć ją ze wszystkimi wspomnieniami jak kropki czerwoną kredką, żeby mieć jasny obraz mojego domu. Lewą ręką przytrzymywał przy sobie moją głowę, nie za mocno i nie przeraźliwie lekko. Przypomniał mi tym, jak duże miał dłonie. Drugą ręką obejmował moje ramiona, zakleszczając tym samym nasz uścisk. Brodą opierał się o bok mojej głowy i owiewał mnie swoim oddechem. Znajomym ciepłem i zapachem, które koiły nerwy. Inne perfumy niż te, do których byłam przyzwyczajona – były nieco ostrzejsze, przypominały mi woń drzew iglastych, które rosły w skandynawskim lesie. Drapał mnie swoim zarostem, co przypomniało mi o naszej bliskości. Obezwładniona byłam jego obecnością i ledwie słyszałam świat wokół nas, przez swoje niekontrolowane szlochy i dudnienie serca w całym ciele.

And it'll be us, just for a while
Do we even exist?


- Musiałam cię zobaczyć… - Jęknęłam. Mój głos był krzykliwy, nieco zachrypnięty od płaczu. Wyraźnie poczułam, jak przesuwa rękę wzdłuż moich włosów i od nowa kładzie ją na mojej głowie. Westchnął głęboko i wciąż nic nie mówił. Czułam jedynie jak połyka ślinę, bo tak ciasno trwałam przy jego szyi. – Wiem, że zrobiliśmy to dla mojego dobra, ale wciąż jesteś moim domem, bezpiecznym miejscem, którego potrzebuję.
- Ciii, nie tłumacz się. Rozumiem. – Uciszył mnie konkretnym, ale cichym głosem. Obie ręce założył na moje ramiona i pozwolił mi tym samym mocniej się w niego wczepić, dotknąć jego pleców i przylegać do niego, jakby od tego zależało moje życie. Bo może zależało?

Next to you
Next to you
The sky's so blue in Malibu
Next to you

- Wiem, że minęło trzydzieści siedem miesięcy…
- Trzydzieści sześć. Nie przesadzaj. – Czułam, jak uśmiecha się w moich włosach. Składa na mojej głowie delikatny pocałunek. Oddychałam nim, nie chciałam przestawać. Odwróciłam się tak, by policzkiem oprzeć się o jego ramię. Czołem dotykałam jego żuchwy i mogłam kątem oka dostrzec jego łagodne rysy twarzy. – Złamałaś obietnicę. – Mruknął z lekkim uśmiechem, spoglądając na mnie. Serce mocniej mi zabiło ze strachu. Odsunęłam się o kilka centymetrów i szeroko otworzyłam oczy, bojąc się jego słów. – Powiedziałaś, że zobaczę cię z całkowicie naturalnymi włosami dopiero na ślubnym kobiercu. – Dodał, a ze mnie uszło powietrze. Zaśmiałam się cicho, rozluźniając kolejną warstwę wewnętrznego napięcia i opadając znów na jego ramię.
- Przepraszam.
- Nie przepraszaj. Przynajmniej wiem zawczasu, że wpakuję się kiedyś w przysięgi z najpiękniejszą brunetką, jaką widział wszechświat.


                   Nie wiem, ile czasu staliśmy przytuleni do siebie. Zdaję sobie jednak sprawę, że oddał mi swoje okulary przeciwsłoneczne i zabrał nas z rosnącego za kulisami tłumu. Zaprowadził do auta z wynajętym kierowcą i wywiózł z dala od zgiełku i hałasu. Wysiedliśmy dopiero w miejscu podobnym do tego, po którym dziś już spacerował. Chwycił moją dłoń i splótł ją ze swoją, przypominając mi jak idealnie do siebie pasowały. Nie puszczał mnie, nawet gdy chciałam podejść do mokrego piasku i zmoczyć stopy jako odruch, bo kochałam wodę.
                   Czułam, jak ciasne liny, które do tej pory ściskały moje serce, powoli się urywały. Oddychałam głębiej i spokojniej, a ciemne barwy w głowie zastąpiłam spokojnymi pastelami. Błękitem oceanu i różem zachodzącego słońca.
- Przeze mnie zostawiłeś przyjaciół pod sceną. – Mruknęłam w pewnej chwili, dokuczając wysokim falom, które chciały dominować w tej melodii. Niall wzruszył ramionami i spojrzał na mnie przelotnie, uśmiechając się lekko.
- Czy to ma znaczenie? – Zapytał nieporuszony. Chciałam już odpowiedzieć, podzielić się swoimi przesadnymi zmartwieniami. Skończyło się jedynie na otwarciu i zamknięciu buzi, bo on kontynuował. – Wiem, o czym myślisz. Nie przejmuj się. Jesteś ze mną teraz i to się liczy.
- Potrzebowałam cię.
- Rozumiem. Dlatego jestem. I nigdzie się nie wybieram.
                                                                                      
We are just like the waves that flow back and forth
Sometimes I feel like I'm drowning
And you're there to save me
And I wanna thank you with all of my heart
It's a brand new start
A dream come true in Malibu





______________________________

It's a fucking metaphor

czwartek, 23 marca 2017

#51




            Słoneczny Londyn od zawsze był czymś, co wywoływało mój uśmiech na twarzy. Wyspy Brytyjskie z założenia były ponurym miejscem ze względu na pogodę przez większość roku. Dlatego gdy wraz z pierwszymi dniami wiosny pojawiały się ciepłe promienie z witaminą D, niemalże w podskokach wychodziłam z domu i chciałam chłonąć ten naturalny antydepresant. Tęskniłam już za latem. Za dniami, kiedy nie trzeba było wpychać w kieszenie czapki i rękawiczek na wszelki wypadek. Potrzebowałam ciepłej i promiennej radości, którą dawała mi wspaniała pogoda.
            Po raz kolejny zajadałam szczęście. Celebrowałam pojawienie się słońca obfitym lunchem, do którego planowałam dokupić później deser. Wierzyłam, że skoro chcę kochać siebie i to jaka jestem, nie mogę odmawiać sobie przyjemności. Niedopinające się spodnie i opięte w brzuchu i biuście bluzki stopniowo zastępowałam nowymi, rozmiar większymi. Bo skoro w tej chwili nie wchodzę w stare ubrania, nie mogę trwać tylko i wyłącznie z nimi w szafie. Większe i niekrzywdzące mnie w pasie jeansy poprawiały mój komfort w ciągu dnia, a nowa kolorowa bluzka, która nie chciała rozerwać guzika na wysokości moich piersi, krzyczała do wiosny o zbawienie. Zrzucenie „pozimowego” rozmiaru to u mnie proces, zwłaszcza przy napiętym harmonogramie życia. Ale gdy z każdym dniem uczyłam się miłości do swojego ciała, uczyłam się też akceptacji niektórych mechanizmów. Gdy organizm czegoś potrzebuje, spełniam jego zachcianki i nie działam wbrew sobie. Czuję, że za dużo trzęsie mi się nad biodrami? Pójdę się przebiec kilka kilometrów, będę pewniejsza siebie. Potrzebuję wewnętrznego oczyszczenia? Znajduję na to swój sposób. Ale przede wszystkim, kocham siebie. Bo jeśli jutro umrę to przynajmniej ze świadomością, że nauczyłam się żyć ze sobą w zgodzie.
- Dawno nie byłam w kinie, może pójdziemy na coś? Zrobimy sobie babski wieczór któregoś dnia. – Charlie przełknęła kawałek naleśnika, który wcześniej umoczyła w słodkim miodowym sosie. Starałyśmy się budować naszą relację mimo wszystkich drobnostek (niektórych wielkości słonia afrykańskiego), które zdążyły stanąć nam na drodze.
- Masz jakiś pomysł na film? Ostatnio trochę obejrzałam w domu. – Powiedziałam nieelegancko, z pełną buzią. Ale równie mocno chciałam jej odpowiedzieć, jak i dalej jeść moje truskawki.
- Widziałaś drugą część Greya? – Uniosła sugestywnie brwi, oblizując potem usta. Sięgnęła po filiżankę cappuccino i upiła łyk, wciąż oczekując mojej reakcji. Z zalotnym uśmieszkiem.
- W zasadzie.. – Mruknęłam, zapychając sobie znów buzię kęsem placka. Wiedziała, że robię to specjalnie, żeby uniknąć odpowiedzi. Oboje wiedziałyśmy, o co chodzi. Śmiałyśmy się do siebie oczami, czego od dawna mi brakowało.
- Przetrwał to chłopaczyna?
- Oglądaliśmy w dzień kobiet, nie miał wyjścia. – Uśmiechnęłam się, kręcąc głową na wspomnienie tego istnie damskiego dnia.
- Świętowaliście w końcu jakoś? Pamiętam twoją silnie feministyczną wiadomość z rana.
- Bez fajerwerków, bo to nie Nowy Rok, ale było miło. – Rozgrzałam swoje serce na myśl o jego trosce. – Dostałam kwiaty, zawiózł mnie na zajęcia, a popołudniu wrócił szybko ze studia z dobrym jedzeniem.
- I ochotą na oglądanie pornosa dla mamusiek? – Parsknęła.
- Och, cicho bądź. Byłam ciekawa, jak to wygląda!
- Wiedziałaś, bo przeczytałaś książkę, niczym napalona nastolatka! – Zaśmiała się znów. – Jak bardzo niezręcznie było, kiedy dawał jej klapsy?
- Charles! – Zachichotałam, ale na policzkach poczerwieniałam.
            Rozejrzałam się dookoła, kontrolując czy bardzo głośno rozmawiamy i się wyróżniamy. Całe szczęście gwar w knajpce był wystarczająco zagłuszający. Wszyscy dookoła zajęci byli swoimi przekąskami i kawą, której zapach unosił się w całym lokalu. Zrobiło mi się ciepło, więc zsunęłam z ramion szarą kaszmirową bluzę, której dodatkowe stopnie komfortu w tej chwili nie były mi potrzebne.
- Jesteśmy dorosłe, Annie. Duże dziewczynki mogą już na te tematy rozmawiać, wiesz? – Żartowała sobie ze mnie, więc spojrzałam na nią spode łba. Spaliłam jeszcze większego buraka i utkwiłam wzrok w moim talerzu z drugą połową placków.
- Charlie. To, że jedną z twoich głównych rozrywek w tej chwili jest aktywne współżycie z twoim seks partnerem nie oznacza, że na śniadanie zaserwuję Ci porcję wydarzeń z naszej sypialni. – Zauważyłam ostrożnie. Skrzętnie omijając fakty, których wciąż nie była świadoma.
- Wiem, słodka. – Uśmiechnęła się szczerze. – Ale pamiętaj, że jestem też twoją przyjaciółką. W razie czego możesz uderzyć do mnie ze wszystkim. – Mrugnęła zaczepnie, zanim zaczęła znów kroić kawałek swojego naleśnika.
            „Przyjaciółka” – słowo proste, ale o jakże głębokim znaczeniu. Nie pamiętałam, kiedy po raz ostatni z pełną premedytacją i świadomością, użyłam go. Zbyt wiele razy przejechałam się na jego stosowaniu w sytuacjach, gdy nie było to wcale potrzebne.
            Zanim jakkolwiek zareagowałam, ekran telefonu, który leżał obok mojego talerza, zaświecił się. Jako pierwszy ujrzałam wykrzyknik, że zostało pięć procent baterii. Zignorowałam go, po czym krzyczało do mnie zdjęcie uśmiechniętego Nialla, który dzwonił.
- Śmiało. – Mruknęła blondynka zachęcającym tonem, pokazując dłonią na telefon. Przesunęłam więc palcem po ekranie i odebrałam.
- Hej.
- Hey doll, need a ride home? – Zapytał. Kilka godzin nie słyszenia jego głody przypomniało mi, jak wiele straciłam. Uśmiechnęłam się mimowolnie na tę drobną przyjemność.
- Przyda się, żeby Charles nie musiała mnie odwozić specjalnie. – Odparłam. Cały dzień ktoś inny dbał o moje bezpieczne podróżowanie, podczas gdy moje auto stało cierpliwie w garażu i czekało, aż nikt nie będzie chciał mnie gdzieś podwieźć. – Tyle że jeszcze jemy. A ty gdzie jesteś?
- Wychodzę ze studia. Na zewnątrz czeka kilka fanek, więc może podejdę na minutę. Ale zaraz potem mogę do was przyjechać.
- No dobra, napiszę ci adres zaraz.
- Nie spiesz się, królewna ma jeszcze do zjedzenia trzy placki! – Charlie podniosła głos, na co Niall się zaśmiał lekko.
- W porządku dziewczyny, do zobaczenia.


            Domyślałam się, że źle robię, nie mówiąc jej do końca prawdy. Nie wiedziałam też, co powiedział jej Damian – i czy w ogóle poruszył mój temat. Czy powinna wiedzieć, co nas kiedyś łączyło? O pocałunku? Było to jedno z moich zmartwień za każdym razem, gdy się spotykałyśmy. Zawsze jednak było to o różnej mocy, bo bywały rzeczy o wiele ważniejsze do przedyskutowania, niż jakiś tam prowizoryczny związek w tajemnicy, który skończył już dawno swój żywot.
            Lemoniada już dawno przesiąkła kwaśnym sokiem z kawałków limonki, którą wrzuciła kelnerka do mojej szklanki. Dlatego skrzywiłam się, gdy brałam ostatnie dwa pociągnięcia rurką. Złotowłosa opadła plecami na oparcie krzesła i odpoczywała po jedzeniu, a ja dogryzałam ostatnie kawalątki placków. Mój brzuch jednak miał ochotę się poddać, pękał w szwach od wypełnienia.
- Śledzisz trochę London Fashion Week? – Spojrzałam na nią, wyrwana z zadumy nad moim niedokończonym jedzeniem. Było takie dobre, że nie mogło się zmarnować.
- Nie, ale ty na pewno tak. – Uśmiechnęłam się lekko. – A co?
- Widziałam nową kolekcję Elie Saab. – Na nazwisko tego projektanta moje ręce na ułamek sekundy zamarły, a serce przyspieszyło z podekscytowania. – Znowu zrobili cudeńka, które swoją drogą, idealnie by do ciebie pasowały. Mnóstwo kwiatów i pasteli. – Mówiła, a ja raz jeszcze popiłam ostatni kęs jedzenia. Poddałam się, nie byłam w stanie dokończyć mojej porcji.
- On robi najśliczniejsze suknie na świecie. – Przyznałam. – Pokazywałam ci…? – Mruknęłam, sięgając odruchowo po telefon. Otworzyłam aplikację ze zdjęciami i zaczęłam szukać jednego sprzed kilku miesięcy.
- Co? O czymś nie wiem? – Dopytywała nerwowo. Zdążyłam się jedynie uśmiechnąć, gdy nagle czyjeś dłonie zasłoniły mi oczy. Zamarłam na ułamek sekundy, pamiętając do czego doprowadziła moja nieuwaga podczas urodzin. Rozluźniłam się wyraźnie, z głębokim oddechem, gdy poczułam nad uchem znajomy oddech, a zaraz potem szept:
- Zgadnij kto to. – Nie umiałam pomylić jego akcentu z żadnym innym. Szeroko się uśmiechnęłam, a wraz z buzią całe moje serce. Powędrowałam dłońmi na moją twarz, żeby złapać jego palce i rozluźnić ich splot. Nim odwróciłam głowę, jego usta już przykleiły się do mojego policzka i zostawiły na nim soczystego całusa.
Zagryzłam dolną wargę, by powstrzymać usta od nadmiernego szczerzenia się, ale bezskutecznie. Jego widok i tak drobne, czułe gesty zawsze sprawiały, że czułam się jak w chmurach. Jakieś aniołki doczepiły mi skrzydełka i unosiłam się, fruwałam dookoła. Wyglądał tak samo domowo i wspaniale, jak rano. W luźnej koszulce z długim rękawem i cienkiej kurtce z materiału, bo nie dało mu się przemówić do rozsądku, że jeszcze nie ma lata i się rozchoruje. Na głowie miał granatową czapkę z daszkiem, która sprytnie załatwiała sprawę kamuflażu. Zarost na stałe już przyklejony do policzków, który potwierdzał jego wiek.
Przysunął sobie krzesło, które stało koło wolnego stolika obok i usiadł pomiędzy nami, witając się jednocześnie z Charlie.
- O czym rozmawiamy? – Wyjął z kieszeni jeansów telefon i położył go przed sobą, żeby wygodniej się ułożyć. Jego ręka powędrowała pod stołem na moje kolano, przyjemnie je ogrzewając i traktując to jako dłuższą i intymniejszą, ale mniej widoczną formę powitania.
- Ann miała mi coś pokazać, ale ją zdekoncentrował jakiś Irlandczyk. – Mruknęła, puszczając do mnie oko. Ściągnęłam usta do wewnątrz i zerknęłam znów na telefon, który trzymałam. Niestety tylko po to, żeby ujrzeć kręcącą się ikonkę ładowania i gasnący ekran.
- Właśnie mi padł telefon, chyba zostawimy to na inny raz. – Wzruszyłam ramionami.
- O nie, kochana. To było coś ważnego! – Uniosła się oburzona. Tak, jakbym zabrała jej dostęp do ulubionego serialu. Przewróciłam oczami. Po co w ogóle zaczynałam temat?
- Daj swój telefon. – Mruknęłam do Nialla. – Masz jeszcze zdjęcia z przymiarki? Przed twoim balem charytatywnym? – Spytałam, gdy podawał mi swojego iPhone’a w masywnym pokrowcu z dodatkową baterią.
- Mhm.. – Przytaknął. – Będziesz to jadła? – Kiwnął w stronę mojego talerza, na co pokręciłam przecząco głową. Przysunęłam mu pod nos talerz z resztkami lunchu i przeniosłam swoją uwagę na urządzenie.
- Chodzi ci o tę zieloną sukienkę, w której poszłaś? – Dopytywała. Spojrzałam na nią i tajemniczo się uśmiechnęłam, kręcąc głową na boki.
            Odblokowałam jego telefon, znając na pamięć kod. Spodziewałam się, że otworzą mi się mapy z adresem, pod który przyjechał, albo wiadomości, których nie zamknął. Nie w moim interesie było przeglądanie jego korespondencji, więc chciałam szybko przejść do albumu ze zdjęciami. Przed oczami jednak ukazało mi się jedno zdjęcie, ale z aplikacji Instagram. Musiał go przeglądać niedawno. Co jednak zamroziło mój wzrok, było zawartością. Zdjęcie, pod którym czerwone serduszko polubienia wyraźnie do mnie krzyczało. Należało ono do osoby, o której nauczyłam się nie myśleć i omijać we wszystkich wiadomościach ze świata celebrytów. Barbara Palvin. I o ile nie wzburzyłoby mnie byle jakie zdjęcie, tak na jej widok w samej spódniczce i zasłaniającej nagie piersi dłońmi, coś mnie zabolało.
            Przełknęłam ślinę i zamrugałam kilka razy, szybko wychodząc z aplikacji. Serce biło mi szybciej, odrobinę się wyłączyłam. Moje myśli biegły teraz w kilka stron, usiłując przedrzeć się do mnie z informacją o tym, że mój chłopak wciąż lubił ciało dziewczyny, z którą „spotykał się” za moimi plecami.
- Ya alright? – Pytanie wyrwało mnie z zamyślenia, gdy powiedział je pod koniec przeżuwania pełnego widelca bananów i truskawek. Ściągnął brwi w pytającej minie. Musiałam przez dłuższą chwilę odpłynąć.
- Tak! – Uśmiechnęłam się szybko. – Zastanawiam się tylko, czy na pewno mogę jej pokazać tę specjalną sukienkę. – Wytłumaczyłam się. Spojrzałam przed siebie, na blondynkę, która przekrzywiła głowę w niedowierzaniu. Nie wiem tylko, czy wątpiła w moją szczerość, czy miała już dość cierpliwości.
- Jeśli chcesz… - Wciąż miał ściągnięte brwi, obserwując mnie ostrożnie.
- Serio teraz będziecie o tym dyskutować? – Żachnęła się, tracąc swój spokój. – Co to za suknia?
            Szybko otworzyłam album ze zdjęciami i powoli wypuszczając wstrzymywane przez siebie powietrze, zaczęłam sprawnie szukać mojego różowo-złotego cuda. Z przodu krótsza, odsłaniająca fragment mojego waloru, czyli nóg, a z tyłu sięgająca ziemi. Przydymiona, jasna różowa suknia ze zwojów cienkich materiałów, siateczek, skrawków tkanin, przeplatana złotymi nićmi, które tworzyły efekt pięknego blasku. Po doszywane ręcznie kwiaty z cienkiego tiulu w tym samym kolorze, jeden na drugim, działające jako złudzenie optyczne zwiewnej kurtynki. Materiał wspinający się po mojej talii i piersiach, zawiązany w literę „X” na plecach. Tam łączył się on z misternie uszytą koronką w tych samych różowo-złotych barwach, którą narysował i wyhaftował dla mnie sam projektant. Bo byłam „Księżniczką Nialla Horana”.
- Nie chwal się nikomu, że taką mam, okej? – Pokazałam jej zdjęcie. Zrobiła wielkie oczy i otworzyła usta ze zdumienia.
- To wygląda jak…
- Elie Saab.



            Włączone radio działało jak tło do naszej ciszy. Często w zwyczaju miałam milczenie podczas jazdy samochodem, dlatego miałam nadzieję nie zwrócić tym jego uwagi. Choć na zewnątrz siedziałam bez słowa, w środku jednak krzyczałam i rzucałam swoimi myślami na lewo i prawo. Czy to było żałosne? Być może. Ale z pewnością miałam swoje własne, lepsze lub gorsze, uzasadnienia. Bycie w związku pełnym zaufania i miłości nie powinno zostawiać miejsca na zazdrość i niedomówienia. Mimo wszystko, moja podświadomość próbowała mnie przekonać do swoich podejrzeń i delikatnych wątpliwości. Gdy próbowałam odpuścić myśli o zdjęciu półnagiej Palvin, na moment oddychałam. Zaraz potem przypominałam sobie jednak o tym, co przez kilka nocy spędziło mi sen z powiek.
            Kilka dni przed Walentynkami byłam już z nim w Los Angeles. Gdy musiał wyjść do studia na sporą część dnia, ja przyzwyczajałam się do domu, okolicy, zwiedzałam ciekawsze zakamarki słonecznego stanu. Gdy był już wolny, zajmowaliśmy się sobą i naszym codziennym życiem. Tak samo jak wtedy, kiedy wracaliśmy z przejażdżki do Long Beach, żeby zobaczyć wspólnie kawałek innej plaży niż w Santa Monica. Powrót do domu oznaczał również zatrzymanie się na stacji benzynowej, żeby nakarmić jego dużego Jaguara. Zostałam w aucie, gdy poszedł zapłacić za paliwo. Niefortunnie oblałam się mrożoną herbatą, kupioną w przydrożnym punkcie. Nie miałam na wierzchu chusteczek, dlatego zaczęłam rozglądać się po schowkach w drzwiach, między fotelami z przodu, aż w końcu w desce rozdzielczej. Otworzyłam dużą, wysuwaną szufladkę i po przesunięciu z widoku kilku nieinteresujących mnie szpargałów, ściągnęłam brwi. Z tyłu, za kilkoma plikami dokumentów i niepotrzebnymi ładowarkami, leżała krwistoczerwona torebeczka. Na jej środku mienił się złoty napis znanego, piekielnie drogiego sklepu z biżuterią. Zerknęłam przed siebie, szukając Nialla wzrokiem – wciąż stał w kolejce do kasy. Zagryzłam dolną wargę, czując się niekomfortowo. Znajdowanie czegoś, co na pewno miało być schowane i nieznalezione przeze mnie, przepełniało mnie poczuciem winy. Rodziło się jednak również coś podobnego do ciekawości, gdy dłużej wpatrywałam się w torebeczkę. Pudełko, które widoczne było w środku, miało podejrzanie kwadratowy kształt. Ale było też nieco obszerniejsze, co w pewnym sensie zrzuciło ciężar z mojego serca. Za duże na pierścionek. Domyślałam się, że było to dla mnie, bo byliśmy szczerzy w opowiadaniu o zakupach dla siebie i naszych bliskich. Nie pochwalałam wydawania majątku na prezenty, bo zupełnie inne wartości się dla mnie liczyły. Mimo wszystko uśmiechnęłam się do siebie na myśl, że ukochany o mnie pamiętał.
            Świadomość, że w samochodzie leżała biżuteria od Cartiera przez pewien czas została stłumiona przez mój umysł. Ożywiła się jednak po święcie zakochanych. Nie oczekiwałam od niego niczego w ten dzień, bo sama nie pochwalałam potężnych dawek romantyzmu. Walentynki były dla mnie jedynie symbolem miłości celebrowanej przez cały świat w tym samym dniu. Miło było spędzić go razem z nim, bez pośpiechu, w zwojach pościeli, z otwartym na piękny ogród oknem, pysznym jedzeniem. Dostałam piękny bukiet kwiatów i fragment piosenki, wpisany w kartkę walentynkową.
            Po Walentynkach wrócił do studia i wciąż pracował. Dwa dni później, wieczorem, gdy postanowiłam zająć się częścią mojej obowiązkowej na studia nauki, on przygotowywał się do wyjścia. Wspomniał wcześniej o kilku piwach ze znajomymi, czego nie zamierzałam mu zabronić. Wręcz zachęcałam go do psychicznego odpoczynku, w obliczu tak dużego wysiłku podczas tworzenia albumu. Postarał się o swój wygląd, dwa razy zmieniał koszulkę. Użył żelu do włosów i mocniej się poperfumował. Pocałował mnie na dobranoc i obiecał, że wróci stosunkowo szybko. Wziął kluczyki do samochodu i wyszedł.
            Kochałam go. Wiedziałam też, że to odwzajemniał. W takiej sytuacji nie mogło się znaleźć miejsce na zazdrość, ja jednak ją wpuściłam. Nie chodziło o wartości materialne – Niall mógłby pracować za najniższą krajową, tonąć w długach i nie mieć szansy na zrobienie zakupów do domu, a ja i tak bym go równie mocno wielbiła. Nie zmieniało to faktu, że czegoś mi brakowało. Jakaś część mnie oczekiwała, że czerwone pudełko wyląduje w moich dłoniach. Złamie obietnicę braku fajerwerków w święto zakochanych i pozwoli mi kręcić głową w niezadowoleniu, że wydał na mnie fortunę. Tak się jednak nie stało, a ja od tamtej pory nie ujrzałam nigdzie czerwonego pakunku. Zniknął.
            Dlatego, gdy zobaczyłam jego prowizoryczne uwielbienie dla ciała swojej „byłej”, trochę bardziej się tym przejęłam. Miałam wątpliwości co do jego wiarygodności w każdym calu mojej głowy. Starałam się to przezwyciężyć i przez długie minuty mi się to udawało. Jednak nie wtedy, gdy moja wewnętrzna, ciekawska kobieta, nie dawała mi żadnego wyboru. Doświadczenie mi podpowiadało, że Niall był skłonny zająć kimś innym myśli na chwilę. Przeszłość krzyczała do mnie i żywo gestykulowała. Serce z każdą myślą bardziej się rysowało i łamało, ale samo przedstawiało mi swoją wersję zdarzeń: nie zdradziłby mnie.
            Wtedy też tak myślałam. Byłam o tym wręcz przekonana, a i tak przejechałam się na swoim bezgranicznym zaufaniu. To wydarzenie należało jednak do przeszłości, która po sobie przyniosła niezliczone słowa i czyny, nadrabiające i łatające tę bolesną dziurę. Obietnice i przyrzeczenia, które trudno podważyć. Chyba, że jest się wykształconym oszustem. Niall nim nie był i wierzyłam w to.
- Co jest, Ann? – Jego głos przerwał mój strumień myśli. Samochód stał już na podjeździe ze zgaszonym silnikiem, muzyka skończyła grać.
- Nic. – Odpowiedziałam. Nieobecnym wzrokiem powędrowałam do niego. Zauważyłam, z jakim niedowierzaniem wymalowanym na twarzy, wpatrywał się we mnie. Zmarszczył czoło i zamknął ciasno usta, obserwując moje nerwy. – Zamyśliłam się, przepraszam. – Dodałam, trochę żywiej. Pokręciłam głową i ciasno się uśmiechnęłam, przekonując go do siebie. Nachyliłam się nad podłokietnikiem między przednimi fotelami i cmoknęłam jego usta, po czym zaczęłam wysiadać z auta.
            Kilka sekund trwał jeszcze w bezruchu, zanim do mnie dołączył. Ja w tym czasie zdążyłam ciężko odetchnąć. Musiałam się pozbierać i zdecydować na jedną wersję zdarzeń w moim umyśle, bo nieporadne myśli potrzebowały konkretów. Wstyd mi było przyznawać się do zazdrości, dlatego póki dawałam radę, chciałam poradzić sobie z tym sama.
- Masz klucze na wierzchu? – Zapytałam w przestrzeń, nie patrząc na niego. Usłyszałam znajomy szelest za swoimi plecami.
- Wszystko w porządku z tobą i Charlie? – Dociekał, mijając mnie przed drzwiami wejściowymi. Spojrzał na mnie, gdy przekręcał klucz w drzwiach.
- Tak, jak najbardziej. – Pokiwałam pewnie głową. Wpuścił mnie do domu. – Całkiem dobrze nam idzie powrót na dawne tory.
- Okej. – Westchnął ciężko. Oboje weszliśmy w głąb budynku, ja drepcząc powoli do kuchni.
Gdy wyjmowałam szklankę z szafki, dołączył do mnie. Otwierałam lodówkę w poszukiwaniu butelki wody, ale moja ręka została odwiedziona od opakowania. Splótł nasze palce, ramieniem oparłszy się o drzwi lodówki i zamknąwszy je szczelnie.
- Jesteś pewna, że wszystko gra? – Drugą ręką objął troskliwie mój policzek. Przymknęłam oczy i zaciągnęłam się ciepłem, czując jak mój puls przyspiesza. – W samochodzie nie odezwałaś się ani słowem, nawet nie zwróciłaś uwagi na mój wybór piosenek. Nie mruczałaś słów pod nosem. To mi nie wygląda w porządku. – Tłumaczył cierpliwie, ale już z mniejszym opanowaniem westchnął. Znoszenie humorów kobiety, a zwłaszcza moich, musiało być czasami męczące.
- I just… - Zaczęłam, opuszczając zrezygnowana głowę. – Nie, nie.. – Zaczęłam nią kręcić, prychając na samą siebie za swoje myśli. – To jest głupie. Przejdzie mi do jutra, nie ważne. – Miotałam się i próbowałam wyjść z jego objęć. Zatrzymał mnie jednak, łapiąc mnie tym razem za obydwie dłonie. Spojrzałam na ich splot, nie gotowa do spotkania jego błękitnych oczu. Wolałam skupić się na geście, który miał być dowodem na naszą wspólną siłę.
- Już raz ostatnio zmieniałaś tak szybko i uciekałaś, ale przemilczałem to. Coś jest na rzeczy i chciałbym wiedzieć, co. Obiecywaliśmy sobie szczerość. – Mówił. Podziwiałam go za stoicki spokój, który mi samej by się w tamtej chwili przydał.
            Spróbowałam więc sobie przypomnieć taktykę, o której mówiła mi psycholog, gdy rozmawiałyśmy o moich lękach i nie radzeniu sobie z emocjami. Jeśli mam jakiś problem, który dotyczy bliskiej mnie osoby, rozmowa jest potrzebna. Nie mogłam jednak potoczyć jej w negatywny sposób i zrzucić ciężaru na kogoś bliskiego. Musiałam tak rozegrać sprawę, by spokojnie i logicznie wyjaśnić jak się czuję i z jakiego powodu. Nie należało do mnie wskazywanie winowajcy i obarczanie go wszystkimi grzechami, jakie byłabym w stanie wymyślić. Wtedy rozmówca poczuje się zaatakowany i rozmowa przekształci się w spór, czego nie chciałam. Dlatego potrzebowałam zebrać swoje myśli i jak najodpowiedniej ubrać je w słowa. Ostatnią rzeczą, jakiej chciałam do szczęścia było kłócenie się z Niallem.
- Wiem, że to irracjonalne. – Zaczęłam w końcu, nabrawszy do płuc sporą dawkę powietrza. Podniosłam wzrok na jego twarz, chcąc wykazać się jak największą szczerością. – Ale poczułam się zazdrosna o ciało Barbie z jej nowego zdjęcia. – Czułam, jak robię się czerwona. Chciałam jakoś obrócić to w żart, ale nie potrafiłam, brakowało mi umiejętności. Zbyt dobrze pamiętałam ból zdrady, żeby się z tego śmiać. Być może za dwadzieścia lat byłabym w stanie to zrobić, ale nie teraz.
            Niall ściągnął brwi. Za chwilę je rozluźnił, żeby opuścić głowę i przyciągnąć swoje dłonie, razem z moimi, do twarzy. Stanowczo ucałował wierzch każdej z nich i głęboko westchnął.
- Petal, - Urwał, zbierając się w sobie. Zmniejszył dystans pomiędzy naszymi głowami i przeciągle pocałował moje czoło, oddychając głęboko. – Jesteś dla mnie idealna i błagam, uwierz mi, że nie wymieniłbym Twojego ciała na żadne inne. – Powiedział, spoglądając mi w oczy.
- Wierzę ci, dajesz mi to do zrozumienia, ale… – Mruknęłam, nie wiedząc jak dokończyć myśl. Druga część wisiała w powietrzu i oboje o tym wiedzieliśmy.
- Ale fakt, że raz wybrałem coś innego, nie daje ci spokoju. – Dopowiedział za mnie, nie dokładnie to co chciałam.
- To nie tak… - Pokręciłam głową i spojrzałam na niego zatroskanym, błagalnym tonem. Bo wyczuwałam rosnącą w tonie jego głosu irytację.
- Kochanie, myślałem że już jesteśmy daleko za tym, co się stało. – Jęknął niezadowolony. –
- Bo jesteśmy, ale gdy widzę jak lubisz jej zdjęcie…
- Faceci nie myślą, tylko robią. Okej? Zjeżdżam palcem po stronie głównej, coś w jakimś sensie zwróci moją uwagę, klikam „lubię to”. Nie tworzę do tego długich scenariuszy ani podtekstów. Zwyczajnie podoba mi się zdjęcie. Nie odzwierciedla to moich uczuć ani żadnych potrzeb.. – Tłumaczył, ale w bardzo sfrustrowany sposób. Tłumaczył jak dziecku, które nie rozumiało. – Kocham Cię, najmocniej na świecie. I nie rozliczam cię z polubionych zdjęć ani wpisów na twitterze, nie szpieguję wszystkich kolesi na twojej uczelni…
- Niall, nie szpieguję cię przecież.
- Boże, wiem! – Podniósł ręce, puszczając tym samym moje. Przejechał dłońmi po swojej twarzy, zanim przeczesał jedną swoje brązowe włosy. – Chodzi mi tylko o zaufanie. Zaufaj mi, że polubienie jednego czy dwóch zdjęć, a nawet skomentowanie, nie oznacza od razu przystąpienia do czynów.
- Ufam ci, Niall. – Powiedziałam pewnie, obejmując ramionami swój tułów. – Po prostu poczułam się niepewnie i zaczęłam za dużo myśleć. – Tłumaczyłam się. Serce mi szybko biło, bo nie lubiłam się z nim w ten sposób spierać. Dotyczyło to bezpośrednio naszych relacji i obojętnie jak bardzo potrzebne by nie były te rozmowy, do łatwych nie należały.
- Czy jest coś jeszcze, co ci nie daje spokoju? – Zapytał, podpierając się łokciami w biodrach. Oczekiwał szybkiego zaprzeczenia, ale zawahałam się. Spojrzałam na niego, a potem szybko uciekłam wzrokiem. Czasami nie potrafiłam kłamać. – Czyli jest. – Odchrząknął, dużo bardziej podirytowany. Zaczął zdejmować z siebie kurtkę, widocznie się rozgrzał nie tylko od temperatury w pomieszczeniu. Czułam rosnący we mnie wstyd, że doprowadzam chłopaka do złości przez zazdrość. Ale nie mogłam już dalej uciekać, bo tylko pogorszyłabym sytuację.
- Komu kupowałeś biżuterię? – Wydusiłam z siebie. Ściągnęłam usta do wewnątrz, bo zaczęły nieprzyjemnie drżeć. Wiercił we mnie dziury wzrokiem, wpatrując się tak we mnie przez kilka dobrych sekund z ostrym wyrazem twarzy. Wypuścił z siebie powietrze, gdy odwrócił się z uniesioną brwią i żwawym krokiem wyszedł z kuchni.
            Mój puls przekraczał wszelkie normy. Słyszałam jak otwiera drzwi od naszej sypialni, ale nie trzasnął nimi za sobą. Traktowałam to jako dobry znak. Coś otwierał, później zamykał. We mnie rosły nerwy i poczucie winy, że doprowadziłam nas do czegoś takiego. Czułam się głupio, ale sieć zazdrości przykrywająca moje serce wciąż nie była do końca przejrzysta. Odwróciłam się do lodówki i w końcu nalałam sobie szklankę wody, upijając z niej dwa łyki na ukojenie nerwów.
            Po chwili wrócił. Wpatrzona byłam w przejrzystą wodę, gdy obok butelki postawił czerwoną torebeczkę. Serce mi biło niemiłosiernie szybko, a policzki już dawno zapomniały jak to jest mieć bladą barwę. Spojrzałam na niego ostrożnie, widząc jak opiera się biodrem o szafkę i zakłada ręce na piersi.
- Myślałaś, że kupiłem coś jakiejś innej Annie? – Zapytał, unosząc brew. Opuściłam wzrok, raz jeszcze obejmując nim nazwę salonu jubilerskiego. – Niespodzianka. – Brzmiał na zdenerwowanego. Nie dziwiłam mu się. Byłam głupia i pełna niepotrzebnych wątpliwości.
- Niall, przepraszam.. – Zaczęłam, ale mi przerwał.
- Nie dałem ci w Walentynki, bo nie chciałaś spędzać ich przesadnie romantycznie. Dlatego stwierdziłem, że może poczekać do twoich urodzin albo naszej rocznicy. – Mówił.
- Ja… Nie wiem, co powiedzieć. Jest mi potwornie głupio. – Przyznałam, kręcąc głową.
- Wiem, że możesz mieć podstawy do tego by myśleć, że cię zdradzam. Ale jeśli choć trochę mnie znasz to zdajesz sobie sprawę, że drugi raz tego nie zrobię. Owszem, mogą podobać mi się czyjeś krągłości. Tak samo jak tobie męskie kaloryfery. Ale to nie oznacza, że od razu wskoczyłem z jakąś dziewczyną do łóżka i wyznałem jej miłość. Zazdrość jest głupia, bo naturalna i sam nie jestem święty, jeśli o nią chodzi. Ale jest różnica pomiędzy zazdrością, a brakiem zaufania.
- Wiem, Niall. Przepraszam.. – Próbowałam.
- Jedyne za co możesz mnie teraz przepraszać, to za zepsucie prezentu. – Obdarzył mnie półuśmiechem. – I przestań się tyle martwić, bo będę musiał przejść przyspieszony kurs kochania kobiety z siwymi włosami. – Parsknęłam na to nieśmiałym śmiechem.
- To było głupie z mojej strony. – Mruknęłam. – Nie zasługuję na żaden prezent.
- Ha, no to teraz będziesz żyć w poczuciu winy, bo go otworzysz. – Zaśmiał się złośliwie, ale zwieńczył to delikatnym uśmiechem.
- Nie, nie mogę! Schowaj go gdzieś… - Pokręciłam głową. Odwróciłam się, żeby schować butelkę wody do lodówki i jak najzwinniej pozbyć się tematu biżuterii.
- I co, przez pół roku teraz będziesz i sobie i mi nie dawać spokoju? – Rzucił. Podszedł bliżej i zatrzymał mnie w miejscu, żebym nigdzie się znów nie przemieszczała. Jedną ręką trzymał moją talię, w drugiej miał czerwoną torebeczkę. – Miało wylądować u ciebie, to niech ląduje już teraz. Może nawet i lepiej, bo to dobra obrona na oskarżenie o zdradę.
- Nie oskarżam Cię przecież o nic!
- Wiem, lalka. Droczę się z tobą. – Odparł. Przysunął się do mnie i ucałował moje czoło jako konkretny sygnał, że wszystko między nami w porządku. Przyłożył pakunek do mojego tułowia i czekał, aż go chwycę. Ostrożnie przejęłam od niego torebeczkę, wciąż wpatrując się w jego błękitne oczy.
            Spokojnie odetchnęłam i zajrzałam do środka. Powoli wyjęłam krwistoczerwone pudełeczko, które do najlżejszych nie należało. Postawiłam je sobie na blacie kuchennym, żeby nic nie upuścić. Z bijącym mocno sercem podniosłam wieczko z napisem Cartier, po czym ujrzałam kolejne opakowanie. Tym razem drewniane, sztywne. To, co zastałam w środku, przerosło moje wszelkie oczekiwania.
            Na welurowej poduszeczce leżały bransoletka i malutki, idealnie dopasowany śrubokręcik. Doskonale wiedziałam, co to jest. Znałam kolekcję „LOVE” z niejednej opowieści. Był to dowód największej miłości, którego nie zdejmowało się z nadgarstka – właśnie po to dołączone było mini narzędzie. Aby założyć to cudeńko, potrzebna była druga osoba i wprawiona ręka, która zapnie biżuterię na Amen.
            Bransoletka była w kolorze różowego złota. I o ile napatrzyłam się na bilbordach na wersje czyste, bez żadnych upiększeń – ta była jedyna w swoim rodzaju. Na całej swojej długości miała kamienie szlachetne, każdy o innej, żywej barwie. Różowe, czerwone, zielone, niebieskie. Było ich mnóstwo i kolorowały klasyczny, elegancki element biżuterii odrobiną wielobarwnego szczęścia.
- Are you serious? – Zapytałam, przyciągając dłonie do ust. Zerknęłam na niego z paniką, po czym znów na szczere złoto, diamenty, rubiny…
- Jesteś warta każdego jubilera, a do tej pory jest to jedyny element biżuterii poza obrączką, który krzyczy, że cię kocham. I zawsze będę. – Skomentował, ze szczerością wymalowaną w głosie.
- Ja… - Urwałam. Nie wiedziałam, co powiedzieć. – Brak mi słów. Mogę ją założyć?
- Nie, możesz tylko patrzeć. – Zaśmiał się. Spojrzałam na niego ze ściągniętymi ustami, ale za chwilę się uśmiechnęłam. Obserwowałam jak bez zbędnego rozpracowywania, wyjmuje bransoletkę z pudełeczka. Wystawiłam do niego mój lewy nadgarstek, na którym leżały już dwa cienkie sznureczki z zawieszkami. Podciągnęłam rękaw bluzy i zwolniłam miejsce w najwęższym miejscu dla pewności, że się zmieści. Przełożył ją przez moją rękę i przytrzymując, lewą ręką sięgnął po śrubokręt i zaczął ją zapinać. – Sprzedawca w salonie nauczył mnie zapinać, żeby nie było komedii. – Mruknął z uśmiechem, ostrożnie dokręcając śrubkę.
- Jest piękna. Dziękuję.
- Cieszę się, że ci się podoba. – Odparł. Odłożył złoty patyczek i pozwolił mi rozluźnić nadgarstek. Leżała idealnie, nie była za ciasna ani za luźna. – Happy?
- Embarassed. – Mruknęłam, spuszczając wzrok. Wsunął ręce na moje biodra i pozwolił mi objąć swoją szyję. Zmusił mnie tym do spojrzenia mu w oczy. – But happy. – Dodałam. Stanęłam na palcach, by dosięgnąć do jego ust i pocałować go.
- Nie ma więcej teorii spiskowych? – Zapytał, gdy odsunęłam się na kilka milimetrów. Tylko tyle, bym mogła objąć wzrokiem jego malinowe usta. Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, a on skończył za mnie rozmowę. – Świetnie. Koniec z dramatami. – Zbliżył znów nasze wargi i przez kilka chwil mnie całował, a ja rozpływałam się w uczuciu.
            W miłości, która pulsowała razem z moją krwią, głaskała skórę jego ust z każdym muśnięciem i obijała się o mój nadgarstek, schowana w symbolu z różowego złota.









_______________
Na Wattpadzie znajdziecie już całe TLM, łącznie z tym rozdziałem. Będę publikować w dwóch miejscach, jednak tutaj zawartość będzie.. większa :) 


wtorek, 10 stycznia 2017

#50



Rozdział niespodziewany. Ale prawdziwy. Bo wiem jak czuje się Annie.
Z tą różnicą, że Niall nie ululał mnie do snu.




*




                Łóżko traci wszystkie swoje zalety w momencie, gdy pojawia się bezsenność. Zwykle niebiański materac zaczyna denerwować i uwierać, poduszki się wygniatają i tylko wykrzywiają kark. Kołdra zdążyła się obrócić i uwiera mnie swoim rantem, bo tak bardzo się wierciłam i odwracałam z boku na bok. Wszystkie drobne, domowe odgłosy wydawały mi się niesamowicie głośne, a moja głowa… To był zupełnie inny świat. Kiedy wydawało mi się, że zamykam oczy i gotowa jestem do krainy snów, mój mózg włączał taśmę ze wszystkimi możliwymi myślami, zmartwieniami i radościami. Myślałam więcej i szybciej niż w ciągu dnia, co doprowadzało mnie do niezadowolenia i frustracji. Bo w momencie, gdy powinnam odpłynąć i dać sobie odpocząć, głowa robiła odwrotnie.
            Chciałam dzisiaj wcześniej zasnąć. Po powrocie z Irlandii, wraz z nowym rokiem, powróciły do mnie wszystkie obowiązki we wzmożonej ilości i nie dawały mi spokoju. Gdy myślałam, że po zakończonej pracy w ciągu dnia usiądę z herbatą i przygotuję się na zajęcia, było to niemożliwe. Padałam na kanapę i nie ruszałam się przez kwadranse, myśląc z niechęcią o rosnącej górze prac do nadrobienia. Wydawała się ona jeszcze wyższa gdy nie miałam siły, toteż od razu zaczęłam się wszystkim więcej martwić.
Zbliżała się sesja egzaminacyjna, a czasu na naukę powoli mi brakowało. Uwielbiałam studiować i zawsze starałam się cierpliwie i z dystansem podchodzić do moich zadań, stawiając dobrą organizację za priorytet. Coś się jednak zaczęło walić, mój umysł za bardzo utonął w bożonarodzeniowej swobodzie. Zaczęłam od nowa martwić się swoim wyglądem. Mnóstwo ubrań leżało w kącie półki, ponieważ skończyły się ich czasy zwiewności. Swetry były za bardzo dopasowane, koszulki idealnie podkreślały moją trzęsącą się warstwę na brzuchu, a najlepsze spodnie ledwo się dopinały. Albo wcale.
Wszystkie te zmartwienia zwaliły się na mnie jak lawina, nie dając mi chwili na złapanie oddechu i zebranie się w sobie. Miesiące wcześniej byłabym w stanie sobie z tym wszystkim poradzić, ale teraz było inaczej. Czułam się bezsilna i zmęczona. Brakowało mi snu i odpoczynku, które nawet nie wyglądały na mnie zza rogu.
Gdy wróciłam dzisiaj wieczorem z zajęć, postanowiłam. Chciałam położyć się stosunkowo wcześniej spać i kolejnego dnia wstać wypoczęta i gotowa do nadrobienia zaległości w notatkach i esejach, które spiętrzyły się przez okres świąt. Byłam przekonana, że mi się to uda – w końcu cierpiałam na potężne zmęczenie, które wręcz prosiło o pójście do łóżka.
Niallowi spodobał się mój pomysł. Widział w jakim stanie wracam ze wszystkich moich codziennych zajęć do domu i jak bardzo potrzebuję odpoczynku, skoro przede mną wyzywający miesiąc. Jego zwieńczeniem miała być kolejna wycieczka, zachęcał mnie nią do mobilizacji, jednak bezskutecznie. Bo skoro nie miałam pewności gdzie jadę na zimowe wakacje i czy w ogóle gdzieś z nim wyruszę, to tym bardziej nie miałam pojęcia, czy dam sobie ze wszystkim radę.
Otworzyłam oczy. Głęboko westchnęłam i przyciągnęłam do siebie telefon, który daleko ode mnie leżał – odłączony od internetu i wyciszony, żeby absolutnie nic mnie nie rozpraszało. Było po północy. Od ponad trzech godzin starałam się odpłynąć w przyjemną, senną podróż. Moje nozdrza od dawna przyzwyczaiły się do zapachu olejków, którymi potraktowałam swoją skórę pod prysznica. Cała wysmarowana byłam maziami z majeranku, jałowca i lawendy. Nie pomagały.
Zdenerwowana i zmęczona, podniosłam się do pozycji siedzącej. Wskazówki zegara na ścianie tykały nadzwyczaj głośno, ale poza nimi nic mnie nie było w stanie wybudzić. Wiedziałam jednak, że jeśli będę leżeć jeszcze pięć minut dłużej, będzie ze mną źle. Wstałam na włochaty dywanik i poprawiłam swoje spodnie od piżamy, po czym obciągnęłam cienką koszulkę. Nie chciałam patrzeć na swój brzuch. Wymacałam ręką bluzę, którą pamiętałam, że rzucałam na podłogę, gdy było mi za ciepło. Ubrałam ją, by zachować trochę ciepła i przy okazji nie pokazywać swojej zbyt dopasowanej góry, w której spałam.
W szufladzie w łazience znalazłam pudełko tabletek, których po które od dawna nie musiałam sięgać. Wycisnęłam z listka dwie białe pigułki i włożyłam je sobie pod język. Z nadzieją, że chociaż leki nasenne przyniosą mi ulgę.
            Powoli i cicho wyszłam z sypialni, podążając za światłami zapalonymi w całym domu. W salonie grał wyciszony telewizor, bez duszyczki siedzącej na kanapie. Domyślałam się, że chłopakom nie chciało się po kolacji ruszać od stołu. Poza Williem miał być jeszcze Deo, żeby mogli w trójkę spędzić męski wieczór przy dobrym jedzeniu i piwie. Wręcz doskonałą była okazja, gdy jedyna damska towarzyszka poszła spać, więc panowie mogli o wszystkim porozmawiać.
- Aye, look who’s alive! – Usłyszałam od zarośniętego Deo, zanim nabrał haust z butelki. Nieśmiało uśmiechnęłam się i pomachałam im, zajmując się szukaniem dużego kubka i nalewaniem wody do czajnika.
            W kuchni panował porządek – jak zwykle, gdy Niall gotował. Na stole stały puste już talerze, półmisek z resztą kurczaka i ryżem. Kilka opróżnionych butelek piwa znalazło się na końcu stołu, ale nie były to potężne ilości. Widywałam więcej.
- Obudziliśmy cię? – Zapytał zatroskany, gdy wrzucałam do wysokiego kubka torebkę ze sporą ilością melisy. Miała mi pomóc zasnąć.
- Nie, nie słyszałam was w ogóle. – Odparłam z ciasnym uśmiechem. Postawiłam wodę w czajniku i nie zdążyłam oprzeć się biodrem o blat, bo od niedawna już naturalny brunet skinął na mnie głową, odsunąwszy krzesło obok siebie.
            Podeszłam więc do stołu i usiadłam po jego lewej stronie. Podwinęłam pod siebie jedną nogę, żeby jeszcze bardziej zmęczyć swoje mięśnie i szybciej odpłynąć, gdy się położę.
- Co jest? – Wsparł swoje ramię na oparciu mojego krzesła i pozwolił mi przylgnąć do jego boku. Położyłam głowę na jego barku. Pocałował jej czubek, pomimo obserwujących nas oczu jednego z jego kuzynów. Willie przyzwyczajony był do troski Nialla, więc nie przejął się jego minimalnym aktem czułości. Już gdy weszłam do kuchni wpatrzony był w swój telefon, więc kontynuował swoje zajęcie, co chwila jedynie wtrącając się do rozmowy.
            Pachniał sobą, dobrym jedzeniem i guinnessem. Nie wyglądał na nawet odrobinę pod wpływem alkoholu, czyli dobrze znosił dzisiejszy wieczór i nie przesadzał z niczym. Mieli prawdziwie kulturalny wieczór przy dobrym jedzeniu, które oceniłam po smacznych zapach unoszących się w pomieszczeniu, zanim jeszcze zasnęłam.
- Nie mogę spać. – Mruknęłam, nie chcąc głośno oznajmiać swojej słabości. Dobrze mi było wtulonej w materiał jego koszulki, która przywodziła mi na myśl najprawdziwszy komfort.
- Próbowałaś z muzyką? – Dopytywał. Słuchanie spokojnych nut często pomagało mi się zrelaksować.
- Znam już na pamięć szum każdej fali. – Uśmiechnęłam się, ale nie oczami. Były zmęczone i z pewnością smutne. – Próbowałam wszystkiego. Herbata i tabletki to moja ostatnia nadzieja. – Podkreśliłam słowo „wszystkiego”, podniósłszy głowę z jego ramienia i spojrzawszy mu prosto w niebieskie oczy. Złapał ze mną kontakt wzrokowy przez dłuższą chwilę, analizując moje słowa. Delikatnie się zarumieniłam. Zmarszczył brwi, myśląc intensywnie i widocznie martwiąc się. Wiedział, że jednym ze sposobów na uśpienie mnie było również doprowadzenie mnie do orgazmu, gdy byłam zmęczona. Wystarczyła minuta i już odpływałam do krainy najpiękniejszych snów o jego ciele i tym, co potrafi ze mną zrobić. Skoro niegrzeczne myśli i pomaganie sobie nie pomogło, było ze mną coś nie tak.

*

            Stałam po środku korytarza. Kilka metrów dalej stało kilku policjantów i oficerów straży granicznej. Stali dookoła zakrwawionego ciała, przykrytego białym materiałem. Jeden z nich pokazał mi skinieniem głowy, że powinnam się przesunąć, odejść kawałek. Nie powinnam być tak blisko. Zaczęłam się więc wycofywać, ale podbiegła do mnie kobieta. Niska, z przetłuszczonymi włosami. Zaczęła krzyczeć do mnie po rosyjsku. Nie znałam rosyjskiego. Serce mocno mi biło i zaczęłam się denerwować, bo nie rozumiałam. Agresywnie gestykulowała i wyraźnie miała do mnie pretensje. Stałam, w szoku, po czym próbowałam ją uspokoić. Nie wiedziałam, dlaczego miałaby zachowywać się wobec mnie tak groźnie. Próbowałam złapać kontakt wzrokowy z funkcjonariuszami, ale nie pozwoliła mi. Chwyciła mnie za szyję i podniosła, dusząc, wyciągając cały korpus w szkodliwy sposób. Próbowałam się uwolnić, ale nie miałam tyle siły. Nie mogłam nawet użyć nóg, by ją odepchnąć. W końcu splunęła mi w twarz, po czym ciasną pięścią uderzyła mnie w twarz.
            Gdy się obudziłam, leżałam na plecach. Miałam unieruchomione ciało i dłonie splecione na brzuchu, jakbym leżała w trumnie. Szybko oddychałam, łzy zaczęły ściekać mi po policzkach. Dookoła było ciemno, ale poza tykaniem zegara słyszałam też drugi, równomierny oddech. Bałam się ruszyć w obawie, że jestem sparaliżowana przez strach. Starałam się najpierw poruszyć palcami u stóp, żeby sprawdzić. Serce nie przestawało mi szybko bić, a łzy samowolnie płynęły. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz płakałam przez koszmar senny. Odwróciłam głowę w jego stronę i w ciemności dostrzegłam, że leży przodem do mnie. Przerażenie, jakie ogarniało moje serce, nie pozwalało mi się uspokoić. Zdawałam sobie sprawę, że w końcu zasnęłam, ale więcej nie chciałam. Nie, jeśli miałabym ujrzeć ciąg dalszy nieprzyjemnych wytworów mojej wyobraźni.
            Nie zważając na to, czy go obudzę, przysunęłam się jak najbliżej i wcisnęłam twarz w jego szyję, chwytając obiema dłońmi jego rękę.
- Niall… - Jęknęłam. Potrzebowałam go nie tylko śpiącego obok. – I had a nightmare, please wake up… ­- Kontynuowałam, wciąż próbując jeszcze bardziej się w niego wtulić.
            Nabrał dużo powietrza przez nos, co oznaczało że się wybudził. Wciąż czułam na swojej szyi ciasny uścisk kobiety i słyszałam jej krzyki. Zacisnęłam mocno oczy, licząc że to pomoże. Było wręcz przeciwnie, ciemność nie pomagała. Chciałam być świadoma swojego otoczenia i tego, co się dzieje.
- Ann? – Wychrypiał. Poprawił głowę na poduszce, nie chcąc mieć w buzi moich włosów.
- Przytul mnie. – Brzmiałam żałośnie. Bałam się. Potrzebowałam pomocy.
            Wyplątał rękę z mojego uścisku i objął nią mój tułów, przyciągając mnie do siebie. Zbliżyłam się do jego torsu, z którego dochodziło równomierne bicie jego serca pod ciepłą skórą.
- Jesteś bezpieczna. Śpij. – Mruczał. Odpływał z powrotem do swojego snu, skojarzyłam to po charakterystycznym połknięciu śliny i odetchnięciu.
            Jego ciepło było przejmujące i wszechogarniające. Oddech uspokajał. Ramię ogrzewało i sprawiało wrażenie przyjemniejszego od kołdry. Mimo wszystko jednak drżałam ze strachu i zmęczenia. Bo mijały minuty, może i kwadranse, a ja wciąż nie spałam.
- But when I’m cold… - Usłyszałam nagle z głębi jego zaspanego gardła. Serce mi stanęło, przestraszyłam się. Zauważył to, bo poprawił swoje ramię na moim ciele i w pocieszającym geście masował moje plecy. A byłam pewna, że już zasnął i znów zostałam sama. Jednak jaki sens miały jego słowa? – Cold… When I’m cold… - Mówił powoli, szeptał wręcz, niskim i spowitym snem głosem. – Cold… - Nadał słowom odrobinę melodyjności, równomiernie oddychając i gładząc mnie ręką. Uspokoiłam się w momencie, gdy rozpoznałam to jako piosenkę. Śpiewał mi do snu. – There’s a light that you give me, when I’m in shadow, there’s the feeling within me, an everglow…

            Moja podświadomość słuchała śpiewanego przez niego utworu. Wychrypianego i wysapanego przez sen, bo bardzo chciało mu się spać. Ale nie rejestrowałam nic innego poza jego kojącymi ruchami dłonią i ciepłym głosem, który ululał mnie do snu. 





*