Manny

sobota, 4 listopada 2017

#TrustMe









            Jesień była trudnym okresem. Od zawsze kojarzyła się z rozpoczęciem roku szkolnego, nowymi obowiązkami oraz planowaniem Świąt. Moja jesień pełna była podróży samolotem, przemieszczania się, wpisywania nowych wydarzeń do kalendarza i przyklejania sobie żółtych karteczek na pierwsze strony notesów, żeby o czymś nie zapomnieć. Cierpiałam na bóle głowy i mdłości spowodowane tak szybkimi i ciągłymi zmianami stref czasowych.
            Przed oczami co i rusz pojawiały się nowe notatki, dokumenty, foldery i podręczniki. Moje uszy wsłuchiwały się w porady wykładowców, słowa pochwały mojej mamy przez telefon i muzykę Nialla. Jego głosu było pełno, od radia w samochodzie, przez telewizję i nagrania z wywiadów, aż po samo przebywanie z nim. Był moim tłem do najbardziej przyziemnych czynności i nawet jeśli mnie gdzieś z nim nie było, wiedziałam kiedy i jak dobrze zaśpiewał. Robiłam wszystko, by być na bieżąco i móc w odpowiednich momentach przywitać go szczególnie mocnym pocałunkiem, pełnym dumy i podwójnej dawki miłości.
            Zaliczenie kolejnego etapu studiów, kiedy pół roku akademickiego spędziło się w domu na drugim końcu świata, nie należało do najłatwiejszych. Wymagało ekspresowego przeczytania wielu podręczników i zdania egzaminów, często ustnych, bo prowadzący nie mieli czasu na użeranie się z niedokładnymi studentami. Całe szczęście bezsenność podczas lotów transatlantyckich pozwalała mi na nadrobienie chociaż części materiału.
            Trzy nieco grubsze książki wylądowały na tylnym siedzeniu mojego samochodu. Wyprostowałam się, oparłszy się ręką o drzwi, nie mogąc poradzić sobie z uciążliwym bólem pleców. Już którąś godzinę błądziłam od budynku do budynku, przejeżdżałam kilka przecznic, żeby było bliżej, oddawałam prace, zbierałam sylabusy i odznaczałam w nich, co jeszcze mam do załatwienia. Rosła ilość rzeczy do napisania, więc po raz ostatni zerknęłam na stos książek, które zdobyłam. Miałam nadzieję, że one oraz zawartość Internetu wystarczą do tych kilku naukowych wypocin, bo traciłam już siły.
Usiadłam w fotelu kierowcy i odetchnęłam z ulgą. Dzień był zaskakująco ciepły i słoneczny, ale nawet się tym nie nacieszyłam. Czułam jedynie jak moja skóra lepi się do białej koszulki pod skórzaną kurtką od ciągłej bieganiny. Sięgnęłam po butelkę wody, która towarzyszyła mi od rana i dopiłam ostatnie dwa łyki, w międzyczasie budząc silnik Range Rovera do życia. Zegar na ekranie pomiędzy fotelami powiedział mi, że zbliżała się pora mojej kolacji. Mój żołądek od razu zerwał się do wydawania spragnionych dźwięków i nieprzyjemnego ssania. Zapięłam pas i zanim ruszyłam z miejsca parkingowego, wykręciłam Nialla numer i włączyłam zestaw głośnomówiący. Odezwał się, gdy włączyłam się do ruchu.
- Hey Bunny! – Usłyszałam w głośnikach jego głos i momentalnie rozluźniłam się. Zachichotałam, gdy zdałam sobie sprawę jak mnie nazwał.
- Bunny? Od kiedy mówisz na mnie „króliczku”?
- Nie podoba ci się?
- Nie, jest w porządku. – Zaprzeczyłam. – Urocze. – Dodałam po chwili, uśmiechając się do siebie. – Jak poszło dzisiaj w radiu?
- Trochę drętwe pytania, jak zwykle te same. Myślałem, że już wszyscy wiedzą o moich inspiracjach Fleetwood Mac i The Eagles.
- Najwyraźniej nie. – Skręciłam w lewo, w drogę wyjazdową z Londynu.
- Spóźniłem się na przymiarkę z Ellie, więc zabrałem ją potem na lunch. Musiała mi sprzedać kilka adresów wegańskich knajp, bo nie miałem pojęcia, gdzie dostanie coś dla siebie.
- Dobrze, że twój króliczek je mięso, co? – Zaśmiałam się.
- No pewnie, mniej się trzeba wysilać. – Zawtórował mi. – Wróciłem jakieś pół godziny temu. Kiedy będziesz?
- Właśnie wyjechałam spod wydziału. Policzmy mały korek, to pewnie za jakąś godzinę.
- Dalej ci się kręci w głowie?
- Trochę mniej, ale jestem potwornie głodna, więc pewnie wrócą mdłości. Dlatego wolałabym już być w domu. – Zaszkliły mi się oczy. Ze zmęczenia, z przejęcia, z dwuznaczności moich słów.
- Jakby coś się działo po drodze, daj mi znać.
- Dobrze.


            Głośna muzyka rozluźniała moje spięte ciało. Ciepły głos Tommo mieszał się z moimi skrzypiącymi, nierównymi próbami wylania z siebie wszelkiej frustracji. Dźwięki odbijały się od zamkniętych szyb i przechodziły przeze mnie, pomagając mi poradzić sobie ze stresem w zdrowy sposób. Zjechałam z drogi szybkiego ruchu i pokręciłam w rytm głową, ciesząc się z coraz krótszej odległości dzielącej mnie od domu.
            Piosenka w pewnym momencie ucichła, a na ekranie po mojej lewej stronie pojawiło się połączenie przychodzące. Przycisnęłam zieloną słuchawkę i spojrzałam znów przed siebie, nie chcąc przegapić właściwego skrzyżowania.
- Chcesz coś ze sklepu? Zaraz będę przejeżdżać obok. – Zapytałam bez przywitania.
- O jedzenie się nie martw. – Jego wesoły głos rozbrzmiał w głośnikach, z których przed chwilą płynęła muzyka na ukojenie nerwów. Uśmiechnęłam się do siebie, bo to znaczyło, że zrobił mi kolację, albo zamówił coś dobrego. – Malia do mnie napisała. Mówiła, że ma dla mnie jakieś wywołane zdjęcia z teledysku i koniecznie musimy je omówić. – Ściągnęłam brwi w zastanowieniu. Reżyserka miała oko i była naprawdę ambitna, ale nie miałam okazji jej jeszcze poznać. Jedynie słyszałam o niej i widziałam na nagraniu zza kulis, które wypuścili dzisiaj online.
- Myślałam, że mieliście dzisiaj już spotkanie? – Zasugerowałam. Potrzebowałam spokojnego wieczoru bez obowiązków. Chciałam po prostu z nim usiąść i obejrzeć losowy program telewizyjny, zasnąć przypadkiem na kanapie i obudzić się, gdy chce mnie zaprowadzić do łóżka.
- Bo mieliśmy, była ona, chłopaki, dwóch gości z wytwórni, Ellie i dziewczyny. – Wymienił z westchnięciem.
- Pytałeś Tarę, o co chodzi? – Myślałam na głos. Dociekałam, bo nie chciałam, żeby znowu wychodził. Tara zawsze była rozwiązaniem, bo ze względu na pełnioną funkcję prywatnej asystentki, wszystko przechodziło najpierw przez nią, żeby nie zasypać Nialla zbyt dużą dawką informacji za jednym razem.
- Właśnie do niej dzwoniłem. Mówiła, że nie wie o co chodzi. Ale radziła posłuchać, bo może przedłużymy współpracę z nią. – Zwolniłam trochę na drodze, na której nie było zbyt wiele świateł. Na szczęście przede mną jechało kilka innych aut i nie miałam w sobie lęku, że coś mnie zaskoczy. Westchnęłam i przez chwilę milczałam. Zagryzłam wargę i czułam, jak łzy zbierają się w moich oczach. Byłam potwornie zmęczona.
- Ile cię nie będzie? – Zapytałam wprost.
- No właśnie powiedziałem jej, że nie wychodzę z domu. Jeżeli ma coś do omówienia i jest to pilne, może przyjechać z interesem.
- Jesteś pewien? – Z rozwagą planowaliśmy, kogo zapraszamy do naszego nowego domu. Długo walczyliśmy o utrzymanie adresu w tajemnicy i znali go tylko najbliżsi, nawet nie wszyscy z jego współpracowników.
- Dlatego do ciebie dzwonię. Ja nie mam nic przeciwko, ufam jej. Jeśli nie chcesz, powiem jej, że cokolwiek to jest musi zaczekać do jutra. – Mówił. Szarpała mną świadomość, że lada dzień wychodzi jego pierwsza płyta i wszystko powinno być dopięte na ostatni guzik i obejść się bez nerwów.
- W porządku. – Westchnęłam. – Ale jak tylko wejdę do domu, przebieram się w piżamę i jem, ile wlezie. I nie zwracam uwagi na to, jak ważny jest nasz gość. – Powiedziałam, na co oboje delikatnie się zaśmialiśmy. Choć mi nie było aż tak do śmiechu, bo potrzebowałam spokoju.
- Może się dogadacie, siedzicie w jednej branży. – Dodał na odchodne.
            Może. Ale miałam pewne wątpliwości.


            Gdy wysiadłam z samochodu, moja skóra zetknęła się z ostrym, chłodnym powietrzem. Wieczory przychodziły z coraz niższymi temperaturami, które prosiły się o szybkie wejście do ogrzewanego pomieszczenia. Oparłam się ramieniem o drzwi, przyzwyczajając organizm do ruchu i czekając, aż chwiejny obraz się uspokoi. Powolnymi ruchami zabrałam z tylnego siedzenia kilka książek i dokumenty, dając radę za jednym chwytem. Zamknęłam drzwi odpychając je mocno biodrem. Zerknęłam, czy brama wjazdowa się do końca zasunęła, po czym odchyliłam ramię torby i wygrzebałam z bocznej kieszonki metalowy breloczek, który trzymał klucze do domu.
            Przeszłam pomiędzy dwoma zadbanymi grządkami aż do werandy, kiedy zewnętrzna lampka zapaliła się. Nie tylko ta włączana z każdym ruchem przed wejściem, ale też punktowa, nad samymi drzwiami. Otworzyły się przede mną z cichym przesunięciem zamka. Ciepła poświata z wnętrza domu rozświetliła mi drogę jeszcze bardziej. Niall wychylił się, trzymając klamkę. Nie widziałam go dzisiaj przed wyjściem, więc z przyjemnością zauważyłam ciemne jeansy i granatową koszulkę z długim, podciągniętym rękawem. W najprostszych zestawach wyglądał najkorzystniej, więc z tego powodu uśmiechnęłam się szerzej.
- Oi, robi się już zimno. – Zauważył. – Daj mi coś. – Wyciągnął do mnie ręce, więc wystawiłam do niego najcięższe książki.
- Dzięki. – Mruknęłam. Weszłam do środka i od razu ruszyłam w stronę kuchni, gdzie na użytkowej wysepce z marmurowym blatem położyłam torbę i stos dokumentów, które już się nie mieściły w teczce. Z daleka widziałam, że telewizor jest włączony na kanał sportowy. Kominek, który był jedną z moich ulubionych rzeczy w nowym domu, również rozświetlał salon. Wszędzie zapalone były światła i dodało mi to od razu otuchy.
            Moje książki wylądowały obok papierów. Dostrzegłam, że na kuchence stoją dwa garnki, dwa czyste talerze leżą przygotowane na blacie obok. Dopiero po chwili zwróciłam uwagę na zapach, który unosił się w domu. Komponował się idealnie z ciepłą atmosferą, która leczyła zmęczone dusze.
- To co, do wyjazdu wszystko już masz załatwione? – Rzucił, skinąwszy głową na stertę dokumentów. Na to pytanie zrobiło mi się od razu niedobrze, bo myśl o natłoku obowiązków spędzała mi sen z powiek. Złapał mnie w tułowiu i przycisnął swoje usta do boku mojej głowy, wracając szybkim krokiem do parującej patelni. Westchnęłam cicho i zwróciłam oczy do sufitu, by uspokoić nerwy ze zmęczenia.
            Przez dłuższy czas myślałam, że pogodzenie Londynu i Los Angeles będzie jak najbardziej wykonalne. Nie mniej niż dwa tygodnie potrzebował w jednym z miejsc, więc zostawiało mi to trochę czasu na przestawienie się osiem godzin do przodu lub w tył. Dało mi to też swobodę planowania kolejnych rzeczy w mojej własnej karierze naukowej, więc ze spokojem żyłam z dnia na dzień, ale wciąż z kalendarzem w ręku. Pamiętam czasy zespołu i jak bardzo intensywny tryb życia musiał być wprowadzony właśnie wtedy, ale byliśmy na trochę innym etapie w związku. Poza nami był ktoś jeszcze, żeby zająć się domem, ja zajmowałam się jedynie fotografią. Pomimo natężonego ruchu, wydawało się to wszystko łatwiejsze.
            Teraz łzy napływały mi do oczu na myśl o najbliższym tygodniu. Mieliśmy wtorek. W środę wieczorem mieliśmy samolot do Los Angeles, żeby zdążył jeszcze nagrać odcinek u Ellen, dać kilka wywiadów z wyprzedzeniem, w czwartek wieczorem zagrać premierowy koncert, kiedy płyta wchodzi do sprzedaży. Pomiędzy tym wszystkim Tara na bieżąco informowała go, gdzie i kiedy może, ale nie musi się pojawić, z kim jeszcze jest umówione spotkanie, a kiedy zostawić czas na spanie. Na część tych wydarzeń nie musiałam chodzić, ale nie sposób ominąć premierę jego solowej płyty. Nie podchodziło to w ogóle pod jakiekolwiek wątpliwości. Jedynym problemem był mój własny rozwój, który też był ważny i wymagał bardzo dużo czasu i poświęcenia. Bo o ile w weekend mogłam zostać w nim w Stanach, to najpóźniej we wtorek rano musiałam znaleźć się z powrotem w Londynie, żeby przyjść na rozmowę z dziekanem, zaliczyć egzamin i oddać kilka zaległych prac. Mój organizm potrzebował minimum trzy doby, żeby w pełni funkcjonować w nowej strefie czasowej. Nie wiedziałam, czy w samolocie mam spać, czy nadrabiać zaległości i czytać istotne dla mnie książki do kolejnej pracy naukowej.
            Niall był wyrozumiały. Tak jak mógłby się spodziewać tego każdy w silnym związku. Ale też się złościł. Bo on sam poszedł inną ścieżką i nie dane mu było nawet skończyć szkoły. Nawzajem się frustrowaliśmy, bo każde z nas miało coś innego – ja zdobywałam wykształcenie uniwersyteckie, a on tworzył muzykę ze znakomitymi artystami i zarabiał na swojej największej miłości i talencie.
            Dlatego zdziwił się, gdy pokręciłam przecząco głową. Ściągnął brwi, gdy stanął do mnie bokiem i mieszał coś w patelni. Chciał coś powiedzieć, otworzył już usta, ale przerwał mu dzwonek mojego telefonu. Odwrócił się do mnie tyłem i oglądałam jego spięte plecy, gdy drżącą ręką wyciągałam urządzenie z kieszeni. Serce złamało mi się na znak, że dzwoni mama. I gdzie miałam jeszcze wkleić w to wszystko powroty do domu?
- Nie odbierzesz? – Zapytał, wciąż stojąc do mnie tyłem. Jego ton był trochę oschły, tak jakby miał mi za złe, że znowu milknę i nie rozmawiam z nim. Odrzuciłam połączenie i z niewielkim hukiem odłożyłam urządzenie na blat.
- Oddzwonię do mamy później. – Podkreśliłam hasło „mama”. – Jesteś na mnie zły?
- Co? – Odwrócił do mne głowę. – Dlaczego tak uważasz? Nie krzyczę, nie rzucam talerzami, robię ci kolację. To ci wygląda na bycie złym? – Uniósł wyzywająco brew. Nie lubiłam tego tonu.
- Wkurzony? Podirytowany? Nie wiem, jakiego użyć przymiotnika. – Zrobiło mi się ciepło, musiałam zdjąć z siebie kurtkę i rozluźnić kołnierzyk bluzki.
- A myślałem, że to ty uczysz się na uniwersytecie. – Mruknął. Pewnie nie chciał, żebym dosłyszała, ale niestety dotarły do mnie jego słowa.
- Czyli co, jesteś zły, bo nie radzę sobie ze wszystkimi obowiązkami? Może powinnam w ogóle rzucić studia i tylko czekać na ciebie w domu z obiadem? – Głos mi drżał, dwa razy się jąknęłam i zapomniałam, jak to jest mieć ładny lokalny akcent. Zaczynały mną kierować nerwy.
- Nie, ale może za dużo chcesz zrobić na raz? – Podparł się rękami w biodrach.
- Czy pamiętasz, kiedy ostatni raz zajmowałam się zdjęciami? W pierwszym miesiącu studiów. Czym się teraz zajmuję? Tylko studiami. Nie moja wina, że mój chłopak jest gwiazdą! I żeby to co mamy się nie rozpadło, wspieram go na każdym zadupiu świata! – Podniosłam głos. Łzy ciekły mi po policzkach. Mój umysł był zmęczony i nie wiedział, co robi.
- Wiedziałaś, na co się piszesz! I teraz jak chcę, żebyś odpoczęła to dowiaduję się, że nie możesz. Z mojej winy! Dzięki, kotku. Zawsze doceniałem szczerość w związku. – Zaśmiał się pobłażliwie.
- Nie wierzę, że o to się kłócimy. – Pokręciłam głową. Pociągnęłam nosem i zamknęłam na chwilę oczy, próbując zebrać myśli. Nie dał mi.
- Nie tylko ty jesteś zmęczona. Ja też. Zwłaszcza, kiedy non stop słyszę, że na coś nie masz czasu i wydaje ci się, że jesteś ofiarą mojej kariery.
- Dlaczego nie możesz tego przełknąć, że jestem studentką?! – Podniosłam głos. – Zazdrościsz mi?! A może boisz się, że kiedyś zmądrzeję na tyle, że znowu zostawię cię w tym wielkim, bogatym domu i będziesz musiał pisać po raz kolejny o rozstaniach?! – Gorycz lała się z moich ust. – Nie poprawię ci wtedy pisowni. Będziesz musiał dwa razy płacić edytorom. Stać cię. – Dodałam po chwili. Z wielkim trzaskiem i stukotem nałożył sobie porcję ryżu z sosem I rzucił metalową pokrywką, nie dbając o to, co po drodze niszczy. Wyminął mnie, wychodząc z kuchni, mówiąc tylko jedno słowo.
- Smacznego.


            Zapomniałam na jakiś czas, że byłam głodna. Zabrałam swoje rzeczy i pomaszerowałam na piętro. Chciałam zmyć z siebie wszystkie nieprzyjemne słowa, wyzbyć się zakotwiczonych myśli i wyczyścić głowę. Gotowało się jednak we mnie, bo gorąca woda kapiąca pod prysznicem nawet mnie nie parzyła – za bardzo przejmowałam się tym, co miało miejsce w kuchni. Kto miał rację? Czy słusznie wytknęłam mu nasze różnice? Warto było podnosić głos? A może mogłam siedzieć cicho, od samego początku?
            Niczego nie byłam pewna, nic nie wiedziałam. Jedyną rzeczą, jaka świtała w mojej głowie był jego wyraz twarzy, gdy wychodził z kuchni. Ściągnięte brwi, twardy wzrok. Zaciśnięta szczęka i rozszerzone nozdrza. Spięcie widoczne na każdej kończynie. Zdenerwowany i zraniony Niall.
            Moje zmęczenie objawiło się czerwonymi pryszczami na czole i kilkoma maleńkimi na nosie. Ledwie podnosiłam nogi, gdy dreptałam do garderoby. Wygrzebałam z niej ciepłe spodnie dresowe i byle jaką, znoszoną koszulkę. Moje ciało wciąż rozgrzane było po prysznicu, ale domagało się jeszcze jednej warstwy ubrania. Przesunęłam się więc do półki, na której znalazłam obszerną czarną bluzę. Należała kiedyś do Nialla i była jedną z tych rzeczy, które założył tylko raz i zaraz potem zapomniał o jej istnieniu. Wzięłam notes, w którym cały dzień zapisywałam słowa klucze odnośnie prac pisemnych. Zabrałam jeszcze z torebki telefon i z niepewnością w duszy, zeszłam na parter.
            Telewizor grał już zdecydowanie ciszej. Weszłam do pustej kuchni, gdzie na blacie wciąż leżał nietknięty przeze mnie talerz. Zapach dochodzący z patelni był już dużo mniej intensywny, jej zawartość zdążyła już ostygnąć. Nie widziałam nigdzie jego talerza, więc zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle wstał z kanapy. Zrobiłam kilka kroków w stronę salonu, ale zatrzymałam się w połowie kolejnego. Usłyszałam, że nie jesteśmy sami w domu, damski lekki śmiech odbił się od ścian. Nie znałam go, więc przypuszczałam, że należy do reżyserki jego teledysku, która miała przyjść.
Zacisnęłam mocno oczy i odwróciłam się na pięcie, walcząc ze sobą. To był też mój dom i miałam prawo przywitać się z każdym, kto do niego wchodzi. Ale czy uważał mnie teraz za równouprawnioną właścicielkę? Czy może lepiej, żebym im nie przeszkadzała? Moje osobiste pojęcie na temat poznawania nowych ludzi obudziło się i wywołało delikatną panikę, która wsiąkła w moje serce. Postanowiłam, dość bezmyślnie, zachować się jak dziecko i siedzieć cicho, schowana i niewidoczna.
Nałożyłam sobie porcję ryżu i myślałam, że urozmaicę sobie jedzenie kolacji w samotności odcinkiem serialu. Niewiele jednak zdziałałam, bo powiadomienie o powoli rozładowującej się baterii w telefonie, nie ułatwiało mi sprawy. Gdy dzisiaj rano wychodziłam z domu, ładowarkę razem z laptopem zostawiłam z brzegu kanapy w salonie. Idealnie.
Wciąż słyszałam szum telewizji, więc nie mogli być nie wiadomo jak zajęci.
A przynajmniej jeszcze nie przeszli do biznesowych spraw, tak się domyślałam. Z jednej strony bardzo nie chciałam tam chodzić, a już na pewno nie kiedy otrzymam od niego zimne i nieprzyjemne spojrzenie. Wiedziałam jednak, że prędzej czy później będzie to nieuniknione – miałam kilka rzeczy do zrobienia na komputerze jeszcze przed pójściem spać.
Przeżuwając wciąż kawałek mięsa z sosu, postąpiłam wbrew swoim lękom i niepewnościom. Byłam u siebie w domu, więc z drugiej strony nikt nie mógł mi nic złego powiedzieć. Dlatego cicho podeszłam do salonu, skąd szybko chciałam zabrać dwie potrzebne rzeczy. Minęłam schody i przeszłam koło dużej ściany z dwustronnym kominkiem, zbliżając się do znajomego mi głosu Nialla.
- Kiedy je zrobiłaś? – Usłyszałam jego pytanie. Brzmiał na zdziwionego i poważnego. W końcu dostrzegłam go; stał obok stolika, na którym rozłożonych było kilka zdjęć w dużych, kwadratowych formatach. W ręku trzymał jedną lśniącą fotografię, uważnie się jej przyglądając. Kątem oka zauważył, że podchodzę od tyłu do kanapy, bo odwrócił się w moją stronę. Miał delikatnie, ledwie zauważalnie uniesioną jedną brew. Zanim cokolwiek powiedział, ubiegłam go.
- Wezmę tylko komputer i ładowarkę, już wam nie przeszkadzam. – Mruknęłam. W tym samym momencie dotarłam wzrokiem do szczupłej szatynki, którą widziałam wcześniej jedynie na nagraniu. Zatrzymała swoje oczy na mnie, tak jakby nie spodziewała się, że ktoś jeszcze jest w domu. Przełknęła niepewnie ślinę, a ja zrobiłam to, co robi każda dziewczyna w takiej sytuacji. Powędrowałam oczami do jej ubrania i tego, jak wygląda.
            Pierwszą moją myślą, było jakieś wyjście na imprezę. Przesadnie krótka skórzana spódniczka ledwie zakrywała jej pośladki, a niemalże całkiem prześwitująca, czarna bluzka, nie pozwalała nie spojrzeć na koronkowy stanik z push-up’em. Miała kilometrowe nogi podkreślone przez buty na obcasie. Była szczupła i zadbana. Widziałam w jej stylu delikatną nutę artystki, ale jedynie przez chwilę. Bo pamiętałam, jak zupełnie inaczej wyglądała na planie zdjęciowym. W luźnym swetrze i zwyczajnych jeansach.
- Ty jesteś Malia, tak? – Przerwałam swój ciąg myśli. Niall podrapał się po karku, więc uznałam to za dobry ruch. Właściwie rozpoznałam sytuację, a mimo zmęczenia nie było możliwości, żeby ktoś bawił się moim chłopakiem. Wepchnęłam laptop pod pachę i wycisnęłam z siebie najmilszy uśmiech, wyciągnąwszy do niej dłoń w geście powitania. – Jestem Anne, miło cię poznać.
- Oh, cześć. – Uścisnęła niepewnie moją rękę i wyraźnie się zmieszała.
Mój wzrok powędrował do bruneta, ale nie zanim nie spojrzałam raz jeszcze na długość jej spódniczki. Zaczynałam myśleć jak protekcyjna i nieuprzejma blondynka, którą już dawno przestałam być w całości. Wiedziałam, że ma słabość do długich nóg, zwłaszcza tych dobrze wyeksponowanych. Czekałam, aż się nie będzie mógł powstrzymać i opuści wzrok. Nie zrobił tego jednak, tylko wpatrywał się w zdjęcie, które trzymał.
- Co tam masz? Widzę coś ładnego. – Zauważyłam promiennie. Podeszłam do niego i ujęłam jego biceps, opuszczając go nieco i udostępniając sobie lepszy widok. Na pięknie wywołanej fotografii był Niall, we własnej osobie. Z profilu i w bardzo korzystnym zbliżeniu, gdzie moja uwaga od razu skupiła się na uwydatnionych rękach. Trzymał gitarę, a największa ostrość była na jego napiętych bicepsach. Drugim planem była jego skrzywiona w skupieniu twarz, która często przyprawiała mnie o wiotczenie nóg.
- To są zdjęcia, które nie trafiły do promocji. Pomyślałam, że będzie to miły prezent z okazji wydania płyty. – Powiedziała. Nie spojrzałam na nią, jedynie zagryzłam wargę, by powstrzymać się od zbędnego komentarza.
- Są świetne. Dzięki, Mali! – Uśmiechnął się ciasno. Sięgnął po kilka kolejnych fotografii i pozwolił mi się im przyjrzeć.
            Uśmiechałam się, ale z coraz mniejszą chęcią. Były to naprawdę przemyślane zbliżenia na konkretne partie jego ciała. Technicznie rzecz biorąc, ponad przeciętne zdjęcia. Z mojego punktu widzenia, zbyt dokładne, zbyt uwydatniające jego urodę, za bardzo skupione na jego mimice twarzy w najbardziej wrażliwych momentach utworu. Nigdy nie mówiłam, że jestem profesjonalistką, zwłaszcza teraz, gdy przestałam robić zdjęcia. Ale potrafiłam rozpoznać różnicę pomiędzy platonicznym stosunkiem do modela, a chęcią wydobycia emocjonalnej głębi i zaspokojenia wizualnej przyjemności. Moje zdjęcia Nialla różniły się od tych, robionych przez Conora czy innych jego fotografów. Te, które sama robiłam, utrzymane były w podobnej stylistyce, którą zastosowała reżyserka. Gdy sobie to uświadomiłam, uśmiech na mojej twarzy był już całkiem sztuczny.
- Teledysk nie jest pełen aż takich detali. – Zauważyłam.
- Trudno było nie zauważyć, jak wiele emocji wywołuje śpiewanie. To jak serce wyłożone na talerzu. – Odparła. Nie podobało mi się to. Niall nie reagował. Ja zaczynałam czuć się jak idiotka. – Twoja muza naprawdę musiała dać ci w kość, Niall. – Zaśmiała się. Naprawdę, nie domyślała się?
            Zabolał mnie ten komentarz. Nie twierdziłam, że był nieprawdziwy. Ale usłyszeć go od kogoś, kto nie zdaje sobie sprawy z sytuacji i okoliczności powstania niektórych utworów, nie należało do najprzyjemniejszych. Dawało mi to do zrozumienia, że uważany jest za niewinnego muzyka, którego zraniła paskudna dziewczyna. Dziewczyna, która potraktowała go jak śmiecia i zmieliła razem z uczuciami. Dziewczyna, która była wszystkiemu winna.
            W przeciągu kilku kolejnych sekund przypomniałam sobie, co mu zarzuciłam po powrocie do domu. Jakich słów użyłam ja, jakich on. Gdyby ktoś nas słuchał z pewnością uznałby, że wina leży po mojej stronie. Znów byłam tą złą, wybuchową, nieprzebierającą w słowach pod wpływem emocji. To ja wszystko niszczyłam.
            Puściłam jego rękę. Chciałam wyjść z salonu, zostawić ich samych. Niech sam decyduje, co jest dla niego dobre, mówi co chce, myśli tylko o sobie. Krótko uśmiechnęłam się do brunetki i zrobiłam dwa kroki do tyłu. Przełknęłam ślinę, czując się tak bardzo niepotrzebna.
- Wciąż daje w kość. – Odezwał się. Byłam mu niezmiernie wdzięczna za ten komentarz. Przewróciłam oczami i odwróciłam się od nich, chcąc znaleźć się jak najdalej, zanim łzy napłyną mi do oczu.
- Czyżby? – Zdziwiła się. – Myślałam, że mowa o okrutnej byłej, która odeszła w zapomnienie. – Dodała wnikliwie. Zaczęło dudnić mi w uszach, szłam zdecydowanie za wolno.
- To pomówienia. Annie potrafi też leczyć serca.



            Nie wiem, czy minęło pół godziny, a ja już leżałam w łóżku. Opierałam się plecami o poduszkę, na nogi zarzucony miałam jedynie koc, który i tak był mi nie potrzebny. Wszystko mnie irytowało. Nawet zachowanie głównego bohatera w trzeciej minucie serialu, który włączyłam na komputerze. Mimo wszystko zrobiłam głośniej, słuchawki mocniej wcisnęłam do uszu, żeby zapomnieć o wszelkich innych odgłosach w domu i przez chwilę nie myśleć o tym, co się między nami działo.
            Niewiele zdążyłam zrozumieć z tego, co miało miejsce na ekranie. Moja uwaga została rozproszona, bo widziałam kątem oka, jak Niall wszedł do sypialni. Podszedł do łóżka po swojej stronie i wdrapał się na materac, lądując bokiem kilkanaście centymetrów ode mnie. Starałam się skupić na filmie, ale wyciągnął jedną ze słuchawek z mojego ucha i zaczął szeptać bezpośrednio do niego, wywołując tym dreszcze na całym moim ciele.
- Porozmawiamy? – Pocałował potem delikatnie ucho i czekał na moją reakcję. Nie zatrzymując nawet serialu, zamknęłam laptop i odsunęłam go od siebie razem ze słuchawkami. Podciągnęłam kolana bliżej siebie i przytuliłam nogi, czując, jak łzy wypływają powoli z moich oczu.
            Niall oparł się bokiem o wysoko postawione poduszki i patrzył na mnie. Jedną rękę trzymał na zgiętym kolanie, drugą podpierał na miękkiej poszewce.
- Ann… - Próbował zwrócić moją uwagę, gdy patrzyłam tępym wzrokiem przed siebie, a łzy ciekły po moich policzkach. – Ya have to talk to me, bunny. – Dodał delikatnym głosem. Nawet po tym, co do niego powiedziałam i jak na niego nakrzyczałam, miał cierpliwość i łagodność w sobie, zachowane specjalnie dla mnie. Jeszcze bardziej pobudziło to moje emocje i odnosiłam wrażenie, że w naszym związku istnieje brak równowagi. On daje mi więcej niż ja jemu.
- Przepraszam. – Wypłakałam. Pociągnęłam nosem i odwróciłam do niego twarz chcąc, żeby zrozumiał moją skruchę. Złapaliśmy kontakt wzrokowy i czułam, jak znów obnażam się przed nim i krzyczę swoją bezbronnością. – Nie chciałam cię zranić.
- Wiem. – Mruknął. Ściągnął nieco brwi i patrzył na mnie z troską.
- Bardzo bym chciała żebyś zrozumiał, jak się czuję. – Zaczęłam. – Studiowanie, nauka… To jest trudne, ale jest to też zajęcie, w którym się spełniam. Sprawia mi to ogromną przyjemność i satysfakcję. – Siliłam się na spokojny ton, co i rusz głęboko oddychając. – Cały czas czuję się trochę niesprawiedliwie, że kosztuje mnie to zrezygnowanie z pracy, bo niezależnie od tego co mówisz, chciałabym mieć trochę własnego wkładu w budowanie naszego życia. – Mówiłam powoli i dziesięć razy się zastanawiałam, zanim coś dodam.
- Nie musisz… - Zaczął kręcić głową.
- Daj mi skończyć. – Przerwałam mu, gdy chciał się wtrącić. – Proszę. – Przytaknął i zamilkł, obserwując jak raz po raz wycieram rękawami jego bluzy policzki. – I… Jednocześnie wiem, że oboje chcielibyśmy tego samego. Być jak najwięcej czasu razem. I za każdym razem, kiedy się spełniasz w swojej karierze marzę o tym, żeby cię wspierać, być z tobą. Chcę, żebyś czuł jaka bardzo jestem z ciebie dumna i chciałabym być dla ciebie największym wsparciem, bo jestem ci to winna i zasługujesz na to. Ale jest to dla mnie trudne, kiedy chciałabym też spełniać się chociaż w jednej ze swoich własnych rzeczy i zainteresowań. – Przez chwilę milczałam. Nie wiedziałam, gdzie znów zacząć, z której strony ruszyć. Niall to jednak wykorzystał i nie śmiałam mu przerywać.
- Część mnie nie chce, żebyś traktowała moją karierę jak przeszkodę do zdobywania własnych sukcesów. – Spoglądał na mnie ostrożnie. – Ale z drugiej strony boję się, jak skończyłaby się dla nas zbyt długa rozłąka. Nie chcę znowu mieć cię na dystans, nie chcę widywać cię raz na pół roku. Jesteśmy w tym zbyt głęboko, Ann. Uważam, że to nie jest już ten etap, kiedy możemy pozwolić sobie na taki potężny dystans.
- Wiem, rozumiem to. – Odparłam od razu. – Ale to nie jest łatwe, kiedy chciałabym uczestniczyć w twoim życiu podczas trasy, kiedy ja chciałabym też zaliczyć wszystkie swoje przedmioty bez większego kłopotu, a może nawet obronić się w przeciągu najbliższego roku.
- Czyli ciągła walka z czasem jest jedyną możliwością.
- Porozmawiam z ludźmi w dziekanacie. – Powiedziałam stanowczo, nie przygotowując wcześniej tych słów. – Poproszę, żeby mi wydłużyli cykl studiów.
- Co? Nie ma mowy. – Oburzył się. – Annie, nie będziesz poświęcać swojej nauki. Któreś z nas musi mieć wykształcenie wyższe. – Dodał ze smutnym uśmiechem. – Poza tym, nie dyskutuj ze swoim sponsorem.
- To jak mam pogodzić to z twoją trasą? – Uniosłam się. – Niall, nie dam rady tak!
- Spokojnie, piękna. Nie panikujemy. – Mruknął. Podniósł się z łóżka i wstał, sięgając po mój kalendarz, który leżał na stoliku w kącie pokoju. Rzucił go na materac i wyszedł z sypialni, maszerując szybkim krokiem po korytarzu.
            Chwilę później wrócił do mnie akurat, gdy opróżniałam nos. Położył między nami kilka czystych kartek i mój koszyczek z flamastrami, który stał na moim biurku. Usiadł z lekko skrzyżowanymi nogami i podłożył pod kartki mój komputer, żeby miały twardą podkładkę.
- Narysujesz kalendarz? – Poprosił, dając mi do ręki czarny pisak. Patrzyłam chwilę na niego, czekając na słowo wytłumaczenia. Nie musiał się odzywać jednak ani słowem, bo gdy tylko uniósł lekko brew i słabo się do mnie uśmiechnął, zrozumiałam. Skinęłam głową i otworzyłam swój notes, w którym dużo wcześniej narysowałam już rozkład miesiąca i co mam, kiedy do zrobienia.
            Zaczęliśmy planować. Białe kartki wypełniliśmy kratkami, wystarczająco dużymi, żeby zmieścić wszystkie nasze powinności. Niall wpisał swoje daty koncertów, spotkań, wywiadów i sesji zdjęciowych, a ja skupiłam się na egzaminach, najważniejszych zajęciach, pracach do oddania i obowiązkowych obecnościach na uniwersytecie.
- Zacznijmy od jednego. Jutro lecę sam do LA, czy z tobą? – Zapytał w pewnej chwili, otwierając swój kalendarz w telefonie na zakładce z nachodzącymi lotami.
- Ze mną. – Podniósł wzrok, słysząc tę odpowiedź. Musiał obawiać się tego najbardziej. Wpatrywał się we mnie swoimi błękitnymi oczyma, również gdy zaczęłam wpisywać na zielono i różowo (dwa kolory dla dwóch osób) „LAX 4:50 PM”. – Ale będę musiała wrócić w poniedziałek porannym rejsem, żeby zdążyć na wtorkowe zaliczenie.
- Okej. – Skinął głową i zaczął coś stukać w telefonie. – Dam znać Tarze, żeby zajęła się rezerwowaniem lotów.
- Możemy powiesić to na razie na lodówce, póki nie wpadniemy na lepsze miejsce. Jak będziesz wiedział, że coś trzeba dopisać, to będziesz miał u siebie zdjęcie i będziesz sukcesywnie wpisywał i mi wysyłał, może być?
- Tak. I vice versa. – Przytaknęłam, wypełniając kolejną rubrykę.
- Chciałabym też polecieć do rodziców na weekend.
- Nienawidzisz jetlagu. – Zauważył z uniesioną brwią. Oznaczało to, że po powrocie ze strefy czasowej różnej o osiem godzin, wróciłabym do Londynu na potężny wysiłek intelektualny i lada dzień znów wsiadała na pokład, by przesunąć się o jeszcze godzinę. Tydzień później, miałam lecieć do niego na Florydę.
- Sprawię, że jetlag znienawidzi Annie Holmes. – Odparłam ze słabym uśmiechem. Nie wiedziałam, na ile to będzie możliwe, ale spróbować nie zaszkodzi.
- Po ostatnim koncercie w listopadzie powinno się już uspokoić. Będą tylko gale muzyczne i Jingle Bell Ball. – Skinęłam głową.
- Malia na ciebie leci. – Zauważyłam. Skupiłam się na równym dorysowaniu kratki i zagryzłam wargę czekając, czy wpadnie na moją niewinną zasadzkę między wierszami.
- Wiem. – Odparł. Moja ręka zadrżała. – Ale możesz mi zaufać, kiedy powiem, że mam wszystko pod kontrolą. – Dodał. Poniosłam na niego wzrok i zauważyłam, jak oczekiwał mojej reakcji.
- Ufam ci. – Szepnęłam. Moje serce przyspieszyło na te słowa, bo kilka razy wątpiłam w ich prawdziwość. Gdy jednak puścił do mnie oko i zalotnie się uśmiechnął, serce wciąż łomotało. Ale z miłości.


            Prowizoryczny kalendarz zawisł na lodówce. W powietrzu jednak wciąż wisiała gęstsza atmosfera niż zwykle. Oboje byliśmy spięci i uważaliśmy na każdy nasz wzajemny ruch, nie wiedzieliśmy, jak posłuży nam nasz długoterminowy plan działania. W domu panowała cisza, nie słuchaliśmy nawet muzyki.
Czekając, aż zagotuje się woda na herbatę w czajniku, gasiłam światła w korytarzu i mniejsze lampki w salonie. Podeszłam do stolika przy kanapie i podniosłam kilka fotografii, które przyniosła wcześniej Malia. Westchnęłam cicho na widok wyostrzonego obrazu jego zarostu i skrzących się oczu.
- Zalać ci herbatę? – Usłyszałam podniesiony głos z kuchni.
- Tak, poproszę. – Zerknęłam na inne zdjęcie, których nie miałam okazji obejrzeć wcześniej. Były dobrze wykadrowane i specyficznie dopracowane i po raz kolejny dałam sobie do zrozumienia, że był nie tylko moim obiektem westchnień.
            Zanim jednak zaczęłam za dużo myśleć i powątpiewać w jego słowa, zabrał mi fotografie z ręki. Włożył je z powrotem do szarej koperty i schował za swoimi plecami, łapiąc ze mną kontakt wzrokowy.
- Nie ma. – Słabo się uśmiechnął. Pokiwałam głową i wyminęłam go, chcąc zabrać kubek i znowu utonąć w zwojach pościeli. Słyszałam, jak idzie za mną. Dokończył gasić światła w salonie i jedynym jasnym pomieszczeniem była kuchnia, zanim nie rozświetliłam korytarza.
            Przeszkadzała mi cisza. Mimo, że zbliżała się moja pora spania, potrzebowałam trochę hałasu, więcej rozmowy, albo śmiechu. Nie mogłam z siebie jednak wydusić nic, co by zaczęło potok słów. Coś mnie powstrzymywało, mój kark był spięty, a ręce ciasno oplotły kubek z herbatą.
- Będę w garderobie. – Mruknął, gdy oboje byliśmy już na piętrze. Domyślałam się, że powędrował do otwartej walizki i chciał coś do niej powrzucać, zanim zmorzy go sen. Nie był to wieczór o jakim marzyłam, gdy jechałam do domu. Czar prysł, perspektywa jutrzejszego lotu ciążyła, zamiast uskrzydlać. Na łóżku czekał na mnie otwarty znów laptop, tym razem z artykułami potrzebnymi do napisania kolejnego eseju. Zezłościło mnie to, czułam się jak tykająca bomba, która nie ma ustawionego konkretnego licznika.
            Kubek odstawiłam ostrożnie na stolik po mojej stronie łóżka. Komputer zamknęłam z cichym trzaskiem i odłożyłam obok herbaty. Drapiąc się po szyi, pełna niepewności co do uczuć, jakie się we mnie kotłują, weszłam do jego części garderoby. Oparłam się barkiem o ścianę i obserwowałam chwilę, jak przesuwa wieszaki z koszulami. Wszędzie panował idealny porządek, nawet w kupkach ubrań koło torby podróżnej. Sięgnęłam po telefon, który wciąż miałam w kieszeni spodni. Podłączyłam go przez Bluetooth do systemu głośników w całym domu i zagryzając wargę z niepewności, włączyłam losowe odtwarzanie. Padło na jedną z przeróbek jego pierwszego singla, pełną niskich elektronicznych tonów i spokojnej głębi.
            Podniósł wzrok, gdy pierwsze nuty zaczęły grać w pomieszczeniu. Spojrzał na mnie i uniósł jeden kącik ust w zalotnym wyrazie twarzy. Tyle jednak otrzymałam, bo po chwili kontynuował segregowanie ubrań. Podeszłam więc powoli do niego, nie chcąc zwracać na siebie zbyt dużej uwagi. Podnosił ramiona dosięgając do wyższego wieszaka z flanelami. Wykorzystałam sytuację i niezgrabnie wcisnęłam się pod jedną z rąk, żeby stanąć tuż przed nim.
- Co tam? – Spytał, pomiędzy mruknięciami do słów piosenki. Zasłoniłam mu trochę widok, więc siłą rzeczy spojrzał na mnie. Wsunęłam ręce na jego barki i stanęłam na palcach, całując jego żuchwę kilka razy. Opuścił głowę, a dłonie oparł w końcu na moim tułowiu.
- Czy możemy coś zrobić z tą ciszą? Doprowadza mnie do szału. – Zaproponowałam.
Westchnął ciężko, domyślając się co mi przeszkadza. Jak bardzo nasze relacje nie są na miejscu i odbijają się na naszym samopoczuciu. Opadłam piętami na wykładzinę i wpatrywaliśmy się w swoje oczy, szukając odpowiedzi na niewyjaśnione sprawy. Objął moje plecy całymi swoimi ramionami, przyciskając mnie tym samym do swojego torsu. Brakowało mi tego ciepła. Spojrzałam wymownie na jego usta i uchyliłam delikatnie swoje, prosząc o chwilę uwagi. Schylił więc głowę i złączył nasze wargi, wywołując tym dotykiem mój niekontrolowany jęk ulgi.
Jego usta były ciepłe, miękkie, wyjęte prosto z marzenia sennego. Delikatnie i niespiesznie masował nimi moje wargi i zapierał dech w piersi, więc jedynie przyciskałam go mocno do siebie. Nie chciałam, żeby przestawał. Tak powinno zawsze być. Chciał się oderwać, poluźnić swój ucisk, ale nie pozwoliłam mu. Poprawiłam swój chwyt na jego szyi i to ja przylgnęłam do niego, jedną dłoń przykładając do jego policzka. Z delikatnego zarostu powędrowałam palcami do jego krótkich włosów, delikatnie chwytając za nieco dłuższe kosmyki. Sam mruknął z zadowolenia, wywołując dreszcz wzdłuż całego mojego ciała.
- Can we, perhaps… - Zaczęłam, gdy raz po raz odrywałam się na sekundy od niego. – Relieve some stress? It’s not healthy to be tense. – Tłumaczyłam. Mruknął cicho w moje usta i przesunął dłonie na moje pośladki.
- Zdrowie najważniejsze. – Odparł.
Wsunął palce pod bawełniane dresy, a moje dłonie powędrowały pod jego koszulkę. Ścisnął jeden z moich pośladków, co wywołało mój niekontrolowany jęk. Uśmiechnął się triumfalnie, jak chłopiec. Ze skóry jego brzucha, na której znalazła się gęsia skórka, powędrowałam od razu na dół. Stanowczo chwyciłam jego przyrodzenie przez materiał jeansów, na co zareagował warknięciem. Zagryzłam jego dolną wargę, zanim znów dałam się całować.
Nagle chwycił mnie pewnie za pupę i podniósł, więc jako odruch oplotłam nogami jego tyłek i mocno trzymałam go za szyję. Posadził mnie wysepce na środku pokoju, w której znajdowało się kilka przyborów krawieckich przygotowanych na wizyty Ellie, szuflada z zegarkami i kosz na brudne pranie. Gwałtownym ruchem ściągnął moje spodnie razem z majtkami, co wywołało mój pisk zaskoczenia. Poprawił mnie, bo szybki ruch niemalże strącił mnie z drewnianej szafki. Przesunął usta na moją szyję, gdy moje palce szybko rozprawiały się z jego paskiem i rozporkiem. Tylko odrobinę zsunęłam jego boserki, byle wystarczyło i było wygodnie. Mocno przywarł do moich ust, gdy pewnymi ruchami dłoni traktowałam jego członka.
- Kocham cię. – Mruknęłam, całując jego policzek, żuchwę i szyję. Przytuliłam się do niego, kiedy wszedł we mnie. Poruszał się szybko i pewnie, nie zostawiając ani grama powietrza w moich płucach.

- Jesteś moją jedyną, pamiętaj. – Warknął, zatrzymując zęby na skórze mojej szyi. Nie było miejsca na łzy z pękającego z emocji serca. Byłam w stanie jedynie całować go najlepiej jak potrafiłam. 

czwartek, 21 września 2017

#You'reMyFavouriteSunset


Surowe, prosto z Worda. Dwadzieścia sześć stron.
Pisane dwa miesiące. Ale jest. Bo jutro lecę do Waszyngtonu.





Enjoy, my munchkins!









Światło. Daje tyle radości, co nowe życie. Uwielbiałam jak swobodnie przedostawało się przez potężne okna tarasowe do salonu i jadalni, jak odbijało się w kuchni i jak ogrzewało skórę nie tylko w ogrodzie. Niczym spełnione marzenie świeciło na moje dłonie, gdy trzymałam w nich książkę. Przestrzeń rozsuwanych na kilka metrów drzwi na taras dawała mi wolność umysłu i była lekarstwem na nasze lęki. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujesz podczas paniki i nerwów, jest ciasne, zamknięte pomieszczenie.
            Nasz nowy dom był prawdziwym azylem.
            Czułam się w nim jak w mojej własnej definicji domu, spokoju i wewnętrznego ciepła, które potrzebne mi były do swobodnego funkcjonowania i ograniczenia zmartwień. Z zupełnie innym nastawieniem siadałam do pracy przed komputerem, gdy robiłam to przy własnym biurku w ozdobionym przez siebie pokoju biurowym na najniższym poziomie domu. Dookoła mnie panował porządek, wszystko było schematycznie poukładane, sprzęt fotograficzny zadbany i na swoim miejscu. Sumowało się to w kolejne punkty na cześć mojego zdrowia psychicznego.
            Zupełnie inne uczucia kierowały mną podczas codziennych czynności. Miałam też o wiele więcej do przemyślenia i zaplanowania, czekały mnie długie wieczory intensywnego myślenia. Całe szczęście, nie siedziałam w tym sama. Z każdą chwilą, gdy zerkałam na mój palec serdeczny lewej ręki, moje serce zmieniało rytm.
            Zaręczyny przysparzały nerwów, dodawały obowiązków, nakładały na siebie setki pytań i nierozwiązanych problemów. Z pewnością było to wydarzenie, które nie działało korzystnie na moją podatność na stres i nadwrażliwość. Ale było jednocześnie lekarstwem na wszelkie lęki, bo oto na moim palcu leżał dowód. Dowód na to, że ktoś mnie pokochał do tego stopnia, że chce krzyknąć o tym do reszty świata, podzielić się ze mną swoim nazwiskiem i stworzyć ze mną wspólny dom, który będziemy razem pielęgnować naszą miłością. Moment, w którym stałam się narzeczoną, miał plusy i minusy. Ale wartości emocjonalne, jakie z tego czerpałam, zdecydowanie przewyższały jakiekolwiek zmartwienia wiążące się z kolejnym potężnym krokiem w życiu.
            Dzień był piękny. Słońce świeciło przez nasze potężne okna niczym smugi szczęścia, którym człowiek chciałby się zachłysnąć. Soczyście zielona trawa w ogrodzie jak i poza naszą posesją, na sąsiadującym polu golfowym, rozbudzała mój wzrok z każdym zerknięciem. Działała równie dobrze jak czarna kawa, którą wypiłam tego ranka. Sączyłam ją, kiedy dopinałam jedno ze zleceń na ostatni guzik i wysyłałam mailem, by resztę przedpołudnia spędzić tylko i wyłącznie na uspokajaniu emocji i sprawdzeniu, czy wszystko jest gotowe.
            Mimo przyjemnie ciepłego słońca, chłodny wiatr owiewał skórę i zabierał co przyjemniejsze z pogody. Dlatego mimo dobrze wyciętych dżinsowych szortów, mój tułów przykryty był cienkim szarym swetrem wkładanym przez głowę. Był luźny i opinał się jedynie w barkach i na wysokości piersi, co zupełnie mi nie przeszkadzało. Upewniłam się, że taras i okna na górze są pozamykane, zanim sięgnęłam po telefon. Powinnam była wyjść dziesięć minut wcześniej, ale nie denerwowałam się tym. Robiłam wszystko, by każdego dnia przyjaźnić się ze spokojem. Związałam włosy na czubku głowy w bardzo zabałaganiony kok i przypięłam, co wypadło, wsuwką. Chwyciłam małą czarną torebkę i wyjęłam z niej klucze do domu, by chwilę później zamknąć za sobą drzwi wejściowe.
            Przeszłam przez czysty, nasłoneczniony podjazd do garażu, który otworzyłam pilotem. W środku stały dwa samochody, oba należące do niego. To bardziej lśniące, niższe i o wiele nowsze, obudziło się do życia za jednym kliknięciem mojego palca. Domyślałam się, jak bardzo tęsknił za swoim świeżym nabytkiem, skoro poprosił o przyjechanie nim na lotnisko. Podekscytowana wsiadłam do ciemnego sportowego auta i z seksownym warkotem silnika, wyjechałam w stronę samego Londynu.
            Po drodze odebrałam telefon od Basila, który oczekiwał już na Heathrow i zdążył zamówić dwa słowa z tamtejszą ochroną. Poruszanie się po miejscach, gdzie skupiały się potężne ilości fanów, nie należało do najłatwiejszych. Zwłaszcza, gdy został zauważony na lotnisku w Los Angeles i cały Internet wiedział już, że Niall Horan, gwiazda muzyki, producent, manager i sława golfowego biznesu, wraca do domu. Dużo mniejszy kłopot był z wyjściem po zakupy czy do restauracji, gdzie rozpoznawały go jedynie jednostki.
            Po raz ostatni widziałam go cztery tygodnie wcześniej, w Warszawie. Zaraz po jednym z najwspanialszych dni jakie przeżyłam, niemalże zaciągnął mnie do domu, żeby oficjalnie poprosić o zgodę moich rodziców. Moja mama do dziś płakała ze szczęścia. Zostałam z nią kolejny tydzień, czując jak radośnie, ale i niezręcznie zachowywał się mój tata – w końcu nie codziennie dostaje sporą porcję przekupnych podarków, byle zgodzić się na ślub swojej córeczki. Zgodziłby się bez kiwnięcia palcem, ale Niall miał swoje zasady i nie mogłam mu ich odebrać.
            Samolot z Los Angeles wylądował. Mówiła to tablica informacyjna w hali przylotów, mówiła to moja aplikacja w telefonie, jak i wiadomość tekstowa od niego. Dołączyłam do Basila, przy bocznym wyjściu na parking dla klasy biznes, który z powagą wymalowaną na twarzy rozglądał się dookoła.
- Wyglądasz na spiętego. Trochę mnie to stresuje. – Stwierdziłam. Nie było sensu w oszukiwaniu go i niemówieniu prawdy o tym, jak się czuję. Znał nas obojga już niemalże na wylot i ceniliśmy wzajemną szczerość. Był jak rodzina.
            Zerknął na mnie i gdy zobaczył, że faktycznie ściągam brwi w zmartwieniu i zakładam ręce na piersi w geście obronnym, jego buzia złagodniała. Pozbył się zmarszczki na czole i cicho westchnął, zerknąwszy kontrolnie na zegarek.
- Wybacz. Napatrzyłem się na to, co się działo na LAX. Dzięki Bogu miał ze sobą ochronę.
- Zobacz, nawet gdyby wyszedł tamtym, głównym wyjściem… - wskazałam palcem na naszą prawą stronę, gdzie ludzie oczekiwali na swoich bliskich przed długą, białą ścianą z napisem „International Arrivals”. - …Niewiele twarzy by się odwróciło. Za mało jest ludzi.
- Tak, bo ochrona doprowadza do porządku szalone nastolatki a paparazzi, jeśli was złapią, to zza parkingu jak wyjdziemy na zewnątrz. – Mówił, a moja wewnętrzna niepewność zaczęła się powoli budzić do życia. Zauważył to, gdy nerwowo zerknęłam na telefon w poszukiwaniu kolejnej wiadomości. – Posłuchaj, staram się po prostu dać wam jak najwięcej prywatności. I w żadnym stopniu nie chciałem popsuć twojego nastroju. To naprawdę wspaniale, że macie w sobie teraz tyle radości.
- Będziesz dzisiaj na przyjęciu? – Zapytałam, chcąc podtrzymać w miarę radosny ton.
- Nie ominęłoby mnie za nic na świecie. – Uśmiechnął się, ale tak szczerze. Zaraz potem zerknął przed siebie i poprawił swoją posturę na widok jednego z pracowników lotniska.
            Zaraz za nim szła kobieta w odblaskowej kamizelce, która rozmawiała przez radio. Kolejna osoba wyjechała z wózkiem pełnym bagaży – bez problemu je rozpoznałam. Mimika mojej twarzy była już nie do kontrolowania, bo kąciki ust same się unosiły. Wyszedł zza rozsuwanych drzwi z czarną torbą na ramieniu. Miał na sobie sportowe spodenki i biały podkoszulek, jego nos przykrywały ciemne okulary, a włosy były w nieco opanowanym bałaganie. Zauważył mnie z daleka i, Boże, uśmiechnął się. Pokazał mi swoje zęby, maleńkie dołeczki w policzkach od zbyt szerokiej miny i trwał w takiej radości. Był najpiękniejszy i przyspieszył swój krok w moją stronę, wyprzedzając część jego eskorty. Sama zostałam poniesiona przez swoje nogi w lekkim truchcie, aż do niego przywarłam. Objęłam ramionami jego szyję, na co automatycznie zrzucił torbę z ramienia i chwycił mnie w pośladkach, unosząc do góry i nie puszczając. Pachniał domem, moją definicją szczęścia. Drapał mnie swoim trzydniowym zarostem, ale to było właściwe. Jego silne ramiona nie puszczały, trwaliśmy tak w bezruchu, oboje wyraźnie spragnieni takiej bliskości. Wydawało mi się przez chwilę, że dookoła nas podniósł się szum głosów, ale nie miałam czasu się na tym skupić.
            W końcu puścił mnie na ziemię, ale wciąż mocno przyciskał do siebie. Przesunęłam swoją głowę tak, by spotkać się z nim twarzą w twarz. Podniosłam jego okulary przeciwsłoneczne i ułożyłam mu na brązowych włosach, zatapiając się w moich ulubionych, błękitnych tęczówkach.
- Dzień dobry, kochanie. – Mruknął, wyglądając na najszczęśliwszego człowieka na świecie. Ciasno przytrzymywał mnie wciąż w pasie i byłam więcej niż zadowolona, że miałam go dla siebie.
- Cześć. – Powiedziałam cichym, piskliwym głosem. Podekscytowanie wzięło nade mną górę i nie mogłam nawet opanować swojej mowy. Wędrował wzrokiem po mojej całej twarzy, tak jakby potwierdzał wygląd jej każdego milimetra.
- Czy myślisz, że mogę… - Zaczął zadawać pytanie, ale nawet nie dałam mu dokończyć. Nie obchodziło mnie to, kto stał obok i czy patrzył. Po raz pierwszy od miesiąca widziałam swojego narzeczonego i niczego tak bardzo nie potrzebowałam, jak całowania. Pewnie chwyciłam jego szyję, drugą rękę wplatając mocno w jego włosy i przyciągnęłam go do siebie. Zderzyliśmy się gorącymi ustami, które przez pierwszych kilka sekund trwały w bezruchu, zapamiętując tę chwilę. Mogłam przysiąc, że obok padło kilka gwizdnięć, a zupełnie inne głosy budziły się do życia. Mimo wszystko jedyną rzeczą, którą czułam, było jego przyspieszone bicie serca zsynchronizowane z moim. Zaraz potem były jego ręce oplatające moje ciało, razem z parzącymi przyjemnością iskierkami wędrującymi po naszych złączonych ustach.
            Oderwałam się od niego po kilku dłuższych chwilach, wciąż niezdolna do otworzenia oczu. Za bardzo przejęta byłam jego obecnością, musiałam dozować przyjemności. Dopiero wieczność później uchyliłam powieki, by spotkać się z jego elektryzującym spojrzeniem.
- Tęskniłam.
- Cholera, ja też. – Uśmiechnął się znów, rozgrzewając całkowicie moje serce.
            Całość musiała trwać nie dłużej niż minutę. Po chwili, umięśnione ramię Basila objęło nasz mały bąbelek szczęścia, by przywołać nas do rzeczywistości. Trzymał już torbę, którą Niall wcześniej upuścił i poprosił nas, żebyśmy ruszyli się z miejsca.
- Uwielbiam was, ale przesuwamy się do wyjścia. – Poprosił, klepiąc Nialla po ramieniu na przywitanie. Ten chwycił moją lewą dłoń i mocno chwycił, zanim ruszyliśmy do drzwi. Basil skutecznie zasłaniał nas z widoku kilkunastu fanek, które jak się okazało zebrały się w grupkę i nie wiedziały, gdzie się podziać na widok swojego idola.
            Gdy wyszliśmy przed budynek, poczułam jak delikatnie przesunął palce w naszym splocie. Ułożył je tak, by bez problemu dotknąć mojego pierścionka zaręczynowego – tak jakby chciał sobie przypomnieć, że faktycznie tam jest i go nie zdjęłam. Mimowolnie się uśmiechnęłam i niemalże zapomniałam, że lada moment będziemy wsiadali do samochodu. Obsługa spakowała walizki do auta Basila, które miało zdecydowanie większy bagażnik, po czym stanęli dookoła obydwu aut w oczekiwaniu aż sobie pojedziemy. Tak jak myślałam, Niall na widok swojego nowego cacka wyraźnie się ucieszył, schyliwszy się do mnie i ucałowawszy mój policzek z niesamowitym uczuciem.
- Czy mogę kluczyki do mojej zabawki? – Zapytał, na co cicho się zaśmiałam. Sięgnęłam do kieszeni torebki i wręczyłam mu kluczyki. Od razu je zagarnął i otworzył auto, ciesząc się jak chłopiec na widok nowego zestawu klocków.

            Basil pomógł mu wnieść bagaże na piętro, skąd szybko przeciągnęliśmy dwie torby do garderoby – ponoć pełne były świeżo kupionych rzeczy i nienoszonych. Niall poszedł pod prysznic, a ja zrobiłam Basilowi krótką wycieczkę po naszym nowym domu. Był pod wrażeniem.
            Opadłam plecami na nasze potężne łóżko. Odetchnęłam głęboko i zamknęłam na chwilę oczy, próbując ogarnąć umysłem cały dzień. Sypialnia zaczęła pachnieć jego żelem pod prysznic – musiał brać go przy otwartych drzwiach, więc woń niosła się do mnie przez korytarz do garderoby. Przez chwilę udało mi się osiągnąć ten wewnętrzny spokój, którego mi brakowało. Zapewniał mi go swoją obecnością. Wyciągnęłam przed siebie moją lewą dłoń i zaczęłam znów podziwiać małe cudeńko, które świeciło na moim palcu serdecznym. Platynowa, delikatna obręcz ze średniej wielkości diamentem, otoczonym łezkami wypełnionymi miniaturowymi, niezliczonymi diamencikami. Otulały one serce pierścionka tworząc zachwycającą kompozycję, niemalże bukiet. Nigdy nie lubiłam nosić biżuterii na palcach, ale Niall się spisał – sprawił, że nie miałam ochoty go w ogóle zdejmować.
            Z zamyślenia wyrwał mnie dzwoniący telefon. Przysunęłam do siebie torebkę, z której wygrzebałam urządzenie w różowej obudowie. Odebrałam i przyłożyłam słuchawkę do ucha.
- Hej, Gemma! Jak wam idzie?
- Słuchaj, zakochasz się w deserach. Przysięgam! – Zaczęła z podekscytowaniem. Ucieszyło mnie to. – Ale, tak czy inaczej, właśnie rozmawiałam z managerem restauracji. Wszystko będzie na czas, co prawda dopiero przyjechaliśmy z Michałem, ale nie ma nic, czym moglibyście się martwić.
- To dobra wiadomość! Rozmawiałaś z Lou? Pisała do mnie tylko rano, jakieś trzy godziny temu.
- Tak, przed chwilą. Mówiła, że zaraz wychodzi i do was jedzie. Ma dać znać, jak będzie się zbliżać.
- W porządku.
- Królewicz przyleciał? – Słyszałam jej uśmieszek. Sama nie mogłam powstrzymać swojego, zwłaszcza gdy słyszałam, jak wychodzi z łazienki.
- Tak, wszystko jest idealne. Jestem bardzo szczęśliwa. – Dodałam, nie mogąc doczekać się przyjęcia.
- Wspaniale! Poczekaj sekundkę… - Urwała, w tle ktoś do niej zaczął coś mówić. Nie wsłuchiwałam się, nie chciałam. Jedyne co zajmowało moją głowę to pierścionek na moim palcu. – Boże, dopomóż… - Odezwała się, na co cicho się zaśmiałam.
- Coś się stało?
- Nie, nie, nie martw się. Niczym się nie przejmuj. Będzie perfekcyjnie. – Zapewniała. - Pogadamy później, muszę ogarnąć kilka rzeczy zanim przyjedziecie!
- Okay, do usłyszenia.
            Odłożyłam telefon i po raz ostatni westchnęłam. Zapach świeżo branego prysznica coraz intensywniej uderzał w mój zmysł węchu. Zagryzłam wargę, powstrzymując niekontrolowany uśmiech i otworzyłam powieki. Tuż przede mną, na tle ogromnego okna, stał Niall. Podpierał się rękami w biodrach, które przykryte były jedynie białymi bokserkami. Klatkę piersiową miał jeszcze czerwoną od ciepłego strumienia wody, a włosy mokre i zmierzwione ręcznikiem. Wyglądał jak marzenie senne.
- No co? – Zapytałam niewinnie, gdy już dłuższą chwilę wpatrywał się we mnie. Wyciągnęłam się, prostując ręce nad głową i dałam kościom się poustawiać we właściwe miejsca. Jego oczy zatrzymały się na moim tułowiu, więc spojrzałam w dół swojego brzucha z ciekawości. Sweter, który miałam na sobie, był dość krótki – idealny do szortów z wysokim stanem – więc podwinął się wraz z ruchem moich barków. Odsłonił tym samym ozdobny, figlarnie zabudowany koronką i paseczkami biustonosz.
- Biorę za żonę najseksowniejszą kobietę, jaką widział świat. – Powiedział z błyskiem w oku. Podniosłam się do pozycji siedzącej, zbliżając się jednocześnie do niego. Siedziałam na skraju łóżka, palcami dosięgając do miękkiej wykładziny.
            Wyciągnęłam do niego rękę, którą bez zawahania złapał. Przyciągnęłam go do siebie i spojrzałam na niego od dołu, uśmiechając się szeroko. Ujął palcami mój policzek i delikatnie go pogłaskał, wędrując kciukiem do moich ust i powoli je dotykając. W jego ruchach było coś zmysłowego, tym bardziej gdy jego wzrok wędrował za palcem, który swoją niewielką szorstkością kontrastował z moimi miękkimi wargami.
- Która godzina? – Zapytałam. Przez chwilę jeszcze nie spuszczałam z niego wzroku, próbując nacieszyć się widokiem jego gładkiej skóry, dawno nie dotykanych mięśni odznaczających się delikatnie na klatce piersiowej i złocistej barwy, jaką przybrały jego ramiona i tors. Bałam się spoglądać na jego plecy, które z pewnością obudziłyby moją wewnętrzną diablicę.
            Nie odsuwał się ode mnie, jedynie schylił się nad moim prawym ramieniem, by sięgnąć po mój telefon. Pozwoliłam sobie w tym czasie dotknąć obydwiema dłońmi jego boków, delikatnie drapiąc je jeszcze niepomalowanymi paznokciami.
- Dwadzieścia po dwunastej. – Odparł. Moją automatyczną reakcją było przywarcie ustami do skóry jego brzucha, tuż obok pępka. Tęskniłam za jego ciałem, za ciepłem jakim na mnie reagował i za szeptem, którego tak dawno nie słyszałam. Za naszą bliskością, za każdą iskrą, za śmiechem w najbardziej intymnych momentach, który rozbrzmiewał w całym domu i wypełniał moje serce aż po brzegi.
- Lou będzie za pół godziny, może szybciej… - Mruknęłam, gdy zaczęłam sunąć czubkiem nosa w dół.
- Coś ci chodzi po głowie? – Mówił cicho, ale słyszałam go idealnie. Moje usta wylądowały na wysokości jego członka, zanim znów podniosłam na niego wzrok. Wargi miał lekko uchylone, tak jakby chciał coś jeszcze dodać, ale za bardzo był zajęty obserwowaniem moich ruchów.
- Tak. – Przytaknęłam. Wsunęłam palec za gumkę od jego bokserek i powoli zsunęłam ich przód. Odsłoniłam jego penisa i myślałam, że jeszcze nigdy nie czułam się tak podniecona, bez żadnego ruchu z jej strony. Wystarczyła jego obecność, a ja już płynęłam. – Mój narzeczony. – Dodałam po chwili. Specjalnie ujęłam go lewą ręką, żeby mój pierścionek był na widoku. Miałam dziwną nadzieję, że go to jeszcze bardziej podnieci.
- Och, fuck. – Jęknął głośno, nie kryjąc już swojej frustracji. Przejechałam językiem wzdłuż członka i złapałam z nim kontakt wzrokowy, czując nieposkromioną dozę pewności siebie. Schowałam go w swojej buzi i czułam, jak pulsuje z podekscytowania. Powędrował ręką do moich włosów i delikatnie przytrzymywał moją głowę, tak jakby chciał zachować resztki dobrych manier, gdy dziewczyna mu robi dobrze.
- Tęskniłam za tobą, Niall. – Mruknęłam, gdy pozwalałam swojej dłoni na trochę pracy. Złożyłam kilka czułych pocałunków na całej jego długości i naprawdę zależało mi, żeby czuł się dobrze.
- Shit, nigdy więcej nie zostawiam cię na miesiąc… - Jęknął.
            Moje zmysły zmieniły kolor na czerwony, gdy usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Jego wibracje wzmagały głośność dźwięku, ale starałam się nie dać rozproszyć i kontynuowałam to, co zaczęłam.
- Kochanie. – Jęknął. Gdy nie przestawałam, powtórzył jeszcze kilka razy na jednym oddechu. – Kocham cię, ale twoja mama dzwoni. – Dodał. Delikatnie odsunął swoje biodra ode mnie i pozwolił mi złapać oddech. Spoglądałam na niego zdumiona, spragniona widoku jego twarzy promieniejącej przyjemnością. – Proszę. Mamy kilka dni dla siebie, lalka. Porozmawiaj z mamą przed swoim przyjęciem zaręczynowym. – Mówił. Nie brzmiał na szczęśliwego, ale na walczącego ze sobą. Zdecydował się na rozsądne rozwiązanie, które nie łamało niczyjego serca, a jedynie burzyło namiętny nastrój. Prędzej czy później musielibyśmy przestać, bo nie mieliśmy całego dnia.
- Kocham cię. – Odparłam ze smutnym uśmiechem. Przesunął kciuk wzdłuż moich ust i wytarł je z nadmiaru śliny, po czym schylił się i zostawił ciepłego buziaka na czubku mojej głowy. Sięgnęłam po telefon i zamknęłam na sekundę oczy, starając się wrócić do rzeczywistości. Niall zniknął z zasięgu mojego wzroku i zmusił mnie, bym obdarowała kolejną porcją radości moją mamę.


            Zakładanie koktajlowej sukienki po misternie wykonanych przez kogoś innego makijażu i fryzurze, nie należało do najłatwiejszych. Stojąc w garderobie zdałam sobie sprawę, że mimo luźnych ramiączek i dekoltu, kremowa sukienka ma sporą szansę dotknąć się do włosów i pudru.
- Louise, pomóż! – Zawołałam w głąb korytarza. Zdjęłam jedwabny materiał z wieszaka i próbowałam jakoś chwycić, by łatwiej było ubrać, ale nie do końca wiedziałam jak się za to zabrać.
            Chwilę później zajrzała ostrożnie do pokoju. Na widok mnie w samej bieliźnie i z sukienką w dłoniach, od razu podeszła i zabrała ode mnie ubranie.
- Odwróć się. Ona nie ma żadnego suwaka, nie? – Stanęłam przodem do lustra. Żeby nie patrzeć na swoje ciało, przyjrzałam się dokładniej jej eleganckiemu kombinezonowi. Nogawki długie i szerokie jak dzwony, połączone z dopasowanym topem z cieniutkimi ramiączkami, które otulały całe jej plecy w nieregularnych splotach. Nietypowe wzory i kroje bardzo do niej pasowały, tym razem czerń z delikatnymi żółtymi prążkami podkreślały jej opaleniznę.
- Nie, zakłada się przez głowę. – Skomentowałam. Przysunęła do siebie taboret, który stał w rogu obok jednej z półek i stanęła na nim, przewyższając mnie o kilkadziesiąt centymetrów.
- Okay, ręce do góry. Jak przejdą przez ramiączka to zasłoń twarz, żeby nie dotknął materiał. – Poprosiła, a ja powoli robiłam co trzeba. Chwilę później, sukienka wisiała na mnie bez skazy.
Trzymała się na wąskich ramiączkach, które z przodu trzymały dekolt w kształcie szerokiej litery V. Z tyłu zaś rozdwajały się, nieco niżej łączyły w prosty splot, aż dosięgały do reszty materiału. Była prosta, z dwóch warstw materiału potraktowanych bardzo drobnym plisem, różnych długości – tworzyły efekt falbanki na dole, która podkreślała zwiewność materiału.
- No i pięknie! – Pochwaliła. Poprawiła jeszcze kilka kosmyków moich włosów, które splotła po bokach kilkoma drobnymi, wszędzie wędrującymi warkoczykami. Trzymały resztę rozpuszczonych fal niczym spinki, dzięki czemu nic nie dostawało się do mojej buzi. Widziałam jedynie umoczone w jasnym blondzie końcówki, które tu i ówdzie skakały dookoła ramion. Moją twarz potraktowała rozświetlającym różem we właściwych miejscach, podkreśliła opaleniznę, która jeszcze trzymała się z zeszłego miesiąca; czerń rzęs podkreśliła jeszcze bardziej solidnym tuszem, a na samych powiekach namalowała złocisto-różowe cienie, w których się zakochałam. Też potrafiłabym się tak pomalować, ale wtedy z pewnością nie dostrzegłabym potencjału moich delikatnych rysów twarzy. A Lou czarowała.
- Dziękuję, Lou. Za wszystko! – Mruknęłam, gdy obie wpatrywałyśmy się w moje odbicie w lustrze.
- Dla ciebie zawsze. – Posłała mi powietrznego całusa, z uwagi na swoje krwistoczerwone usta. – Teraz, gdzie Nialler? Muszę poprawić jego grzywę.
- Szykujemy się, jakbyśmy brali dzisiaj ślub. A to tylko przyjęcie... – Zauważyłam.
- Daj spokój! To wasze pierwsze przyjęcie zaręczynowe, Niall chce się tobą pochwalić. Ciesz się, nie marudź! – Skarciła mnie. Wymaszerowałam zaraz za nią z garderoby do sypialni, gdzie brunet Zapinał guziki śnieżnobiałej koszuli.
- Ślicznotki. – Skomentował, ale na mnie zawiesił oko na chwilę dłużej.
- Twoja ślicznotka musi mieć przystojnego narzeczonego, dawaj swoje kudły.
            Niall usiadł bokiem na łóżku, dając Lou dostęp do swoich włosów. W tym samym czasie zapinał mankiety koszuli i zerkał co i rusz na ekran telefonu. Podeszłam do komody, na której stała moja mała drewniana szkatułka z biżuterią. Wyciągnęłam z niej złote kolczyki w kształcie maleńkich serduszek i założyłam, przekręcając je za chwilę do pionu.
- Jakie zakładasz buty? – Zapytał. Starał się nie ruszać głową, bo włosy pełne miał pianki do układania fryzur.
- Niewielki mam wybór. Czarne obcasy. – Stwierdziłam, pewna swojego wyboru od kilku dni. Nie miałam w sobie tyle werwy do kupowania szpilek, więc chciałam zaoszczędzić sobie dodatkowego bólu szukania pary idealnej.
- Widzisz moją torbę pod drzwiami? Tę otwartą? – Pytał.
- Coś ci wyjąć?
- Zajrzyj do bocznej kieszeni. Powinno tam być pudełko z butami. – Pokierował. Ukucnęłam obok w połowie rozpakowanego bagażu i odpięłam jeden z suwaków, w poszukiwaniu tekturowego opakowania. Z lewej strony nie znalazłam, przesunęłam się więc do prawej. Po rozciągnięciu zamka ujrzałam brązowy pakunek. Torba była wypchana, dlatego chwilę wyciągałam go z torby. Gdy już go wydostałam, miałam ochotę otworzyć buzię ze zdumienia.
- Niall…? – Zaczęłam, nie wiedząc jak inaczej zareagować. Zapytać, czy to jego? Milczeć i podać mu pudełko?
- Otwórz, proszę.
            Odkryłam wieko, na którym widniał spory napis „Christian Louboutin”. W środku znalazłam dwa czerwone pokrowce z miękkiego materiału, w których schowane były buty. Po ich kształcie rozpoznałam, że nie były to jego nowe lakierki.
- Kupiłeś mi Louboutin’y? – Rzuciłam bezmyślnie. Rozwiązałam złoty sznurek trzymający jeden z woreczków i zanurkowałam dłonią. Wyciągnęłam ze środka pachnący świeżą skórą, lśniący but na obcasie. Klasyczny, z zamkniętymi palcami. Porażający mnie swoją niespotykaną barwą – to było jak mieszanka różowego złota z brązem, która połyskiwała jak świeżo wypolerowany metal. Idealnie pasowały do mojej sukienki.
- Podobają ci się? Na początku myślałem, że są trochę ekstrawaganckie.
- Jezu, jeszcze pytasz?! – Uniosłam się. Jedyne co mnie martwiło, to że mógł źle dobrać rozmiar. Wstałam z podłogi i wyjęłam obydwie szpilki całkowicie z pokrowców i postawiłam je równo na wykładzinie. Przytrzymałam się ściany i wsunęłam najpierw jedną stopę, potem drugą. Pasowały, jak ulał.
- Pokaż mi! – Usłyszałam od blondynki, która w sam raz skończyła układać jego włosy. Obeszła łóżko dookoła i stanęła naprzeciw mnie. – Wow, to są naprawdę dobre obcasy. I jeszcze mi powiedz, że sam wybrałeś kolor?
- Wybrać wybrałem sam, ale zapytałem Ellie o przyzwolenie. – Zaśmiał się, mimowolnie poprawiając włosy, które dopiero zostały ułożone. Zawsze musiał dokończyć po swojemu.
- Nigdy nie myślałam, że zacznę darzyć buty na obcasie jakimkolwiek uczuciem! – Parsknęłam. Przeszłam się w nich kilka kroków i czułam, że były idealnie skrojone dla mojej stopy. Nic mnie nie uwierało, czułam się nadzwyczaj komfortowo.
- Dzięki Bogu pokochałaś wcześniej mnie! – Zaśmiał się w głos.
            Dzięki Bogu.


            Czułam pomieszane we mnie podekscytowanie razem z nerwami. Mój żołądek śmiał się i wywracał na wszystkie strony, nie dając mi spokoju. Palce nieprzerwanie bawiły się breloczkiem przy suwaczku mojej czerwonej torebeczki. Dojeżdżaliśmy pod adres na przedmieściach Londynu, gdzie mieliśmy stawić się punkt druga.
            Moja dłoń podskoczyła z niespodziewanych wibracji mojej torebki. Rozsunęłam złoty zameczek i starając się nie popsuć porządku, jaki w niej panował, wyciągnęłam telefon. Jego ekran od razu rozświetlił się strumieniem powiadomień, które pojawiały się pod zegarem.
- Więcej się nie dało? – Mruknęłam do siebie. Większość z nich to były nieprzeczytane wiadomości, przy sporej części widniało to samo imię. Westchnęłam drżącym oddechem i odblokowałam telefon, próbując nie dać się ponieść panice.
- Co tam? – Usłyszałam od bruneta. Dzielił nas szeroki podłokietnik na środkowym siedzeniu, on sam odpisywał na maile, stukając co i rusz palcami w dotykową klawiaturę.
- To od Charlie. – Odparłam cicho. Otworzyłam naszą rozmowę i przewinęłam do początku jej słowotoku.
„Co powinnam ubrać? Będzie dużo fajnych ludzi”
„Niall już przyleciał?”
„Żyjesz?”
„Będę wcześniej i pomogę Gemmie, chętnie posłużę dobrą radą”
„Nie mogę się doczekać!”
„Ciągle jesteś zła, że z nim nie zerwałam? No weź. I tak jesteś zaręczona”
„Okay, to nie miało tak zabrzmieć”
„Ale”
„Annie, jesteś zaręczona!”
„Znalazłam już sukienkę dla najlepszej druhny”
„Czekamy na power couple!”

- Zaczynam żałować. – Powiedziałam, opadając głową o zagłówek. Dopiero po fakcie przypomniałam sobie, że może to zniszczyć misterną pracę Lou, dlatego podniosłam głowę i westchnęłam zrezygnowana.
- Czego? Przyjęcia? – Dopytywał, czego się nawet nie spodziewałam. Zerknęłam na niego i widziałam, jak odwraca wzrok od ekranu i spogląda na mnie ze zmarszczonym czołem.
- Nie… - Jęknęłam. – Zapraszania jej. Wiem, że zgodziłam się dać jej drugą szansę, ale chyba działa to tylko na niekorzyść.
- Poczekaj, aż impreza się rozkręci. Na pewno nie będziesz musiała siedzieć tylko z nią, będą też inni. Może zginie w tłumie. – Uśmiechnął się w pocieszającym geście.
- Ugh, imprezy niespodzianki są fajne, dopóki nie znasz maleńkich detali i nie zaczynasz się denerwować. – Warknęłam. Schowałam telefon do torebki, nawet nie myśląc o odpisywaniu blondynce.
- Annie, spokojnie! – Zachichotał. Schował telefon do kieszeni marynarki i złożył podłokietnik, wysuwając w moją stronę dłoń. Pewnie splótł nasze palce i przyciągnął je do siebie, całując delikatnie wierzch mojej dłoni. – Jedziemy dzielić się z innymi naszym szczęściem. A na pewno ja jadę, bo muszę się pochwalić, jak pewna ślicznotka zgodziła się wyjść za wkurzającego Irlandczyka. – Wyszczerzył się do mnie.
- Nie jesteś wkurzający. – Skomentowałam cichym głosem, co wywołało znów jego lekki śmiech. Nie wypuścił mojej dłoni z uścisku, tylko położył razem ze swoją zaraz obok swojej nogi, tyle ile dosięgałam. 
                    Wyglądał zabójczo. Zaczynałam dwa razy się zastanawiać i szczypać się w ramię, czy faktycznie będę go miała do końca życia. W garniturach wyglądał jak swoje drugie wcielenie, zwłaszcza w tym granatowym z jasnymi pręgami. Był idealnie skrojony i podkreślał budowę jego ciała, właściwie opinał się na tułowiu i rozsądnie układał się na jego pośladkach (bo tylko narzeczona powinna mieć za bardzo rozbudowaną wyobraźnię w tym temacie). Biała koszula rozpięta była u góry i dodawała mu swobody. Buty miał na tyle skomplikowane i lśniące, że nawet nie pytałam, ile są warte. Wystarczył mi fakt, że wyglądał jak mój własny afrodyzjak. Ten Bóg obejmował moją dłoń, dbał o mnie i chciał, żebym była jak najszczęśliwsza. Niczego więcej nie potrzebowałam.
                   
                    Wysiedliśmy z samochodu pod restauracją, o której wiele słyszałam. Nigdy jednak nie miałam okazji w niej zjeść, pomimo wyjątkowo pochlebnych opinii. The Ivy Chelsea Garden już z zewnątrz biła do nas swoją magią, gdy zamiast szklanej witryny po obu stronach drzwi, ujrzeliśmy ścianę usłaną kolorowymi kwiatami. Jeden przy drugim.
- Imponujące. – Skomentował, gdy dołączył do mnie na chodniku. Powiesiłam swoją czerwoną torebkę na ramieniu i odnalazłam jego dłoń, by spleść nasze palce.
- Wchodzimy? – Zerknęłam na niego, zrobiwszy już krok do przodu. Zagryzłam wargę, chcąc powstrzymać zbyt szeroki uśmiech z podekscytowania. Odpowiadał mi uniesionym kącikiem ust w zalotnym uśmieszku, który zawsze topił moje serce. Skinął głową, po czym ruszył razem ze mną.
                    Otworzył i przytrzymał nam masywne, drewniane drzwi. Obudziły one żelazny dzwoneczek, który zadźwięczał wraz z naszym ruchem. Puściłam jego rękę, za to poczułam jej ciepło w mojej talii, gdy w protekcyjnym geście wprowadzał mnie do środka. Od wejścia, wzdłuż całej prawej ściany, znajdował się bogaty bar. Wnętrze utrzymane było w stonowanych zieleniach i złotach, z rustykalnymi detalami zachowanymi w nawet najmniejszych dekoracjach. Trzech barmanów zerknęło w naszą stronę znad tac wypełnionych kolorowymi drinkami, lekko się uśmiechnęli zanim wrócili do swoich zajęć.
- W imieniu całego zespołu The Ivy, życzymy najpiękniejszego popołudnia! – Usłyszałam z lewej strony. Dwie kobiety, jedna w bardziej formalnym stroju, druga z plakietką „Manager”, przywitały nas z szerokimi uśmiechami. – Zapraszamy dalej.
                    Wyglądało na to, że wszyscy czekali tylko na nas. W głównej sali nie było gości, jedynie kilka kelnerek i kelnerów. Ci jednak przestali poprawiać bukiety pięknych kwiatów na stołach i układać srebrne sztućce, gdy nas dostrzegli. Każdy z osobna obdarzył nas uśmiechem i nie dał ani przez chwilę pomyśleć, że będzie miało miejsce coś spontanicznego. Ominęliśmy ceglaste, skórzane kanapy i masywne fotele obite zielonym welurem. Stoliki zostały poprzesuwane jak najdalej od przejścia, na każdym z nich przezroczysty wazon pełen pachnących aranżacji kwiatowych, a na półkach i zabudowaniach donice z imponującymi roślinami zielonymi. Byłam zauroczona.
                    Duże drzwi tarasowe były jak najszerzej otwarte. Z dobrze poukrywanych głośników grała muzyka, która przywodziła na myśl jedynie szczęśliwe chwile. Moje usta zadrżały z nerwów, gdy dostrzegłam, ile znajomych mi twarzy czeka na nas w części ogrodowej. Widziałam kątem oka, jak pięknie ozdobiona jest oranżeria. Widziałam płomyki w zewnętrznym kominku, sprawiającym wrażenie bardzo domowego kąta. Jednak moją jedyną myślą było odnalezienie najwspanialszej organizatorki, której aż tak zależało na świętowaniu naszego szczęścia.
- No wreszcie! Są! – Podniosły się wiwaty i radosne śmiechy. Pięknie zaaranżowany ogród pełen był naszych przyjaciół. Nawet tych, których nie widziałam od dłuższego czasu i nie sądziłabym, że znaleźli dla nas czas. Ściana z bujnych winorośli została udekorowana białymi lampkami, które oświetlały metaliczne balony w kształcie liter. Tworzyły one potężny napis „Zaręczeni”.
- O mój Boże… - Było moją reakcją. Nie wiedziałam, gdzie podziać swój wzrok: na twarzach, czy na wspaniałych dekoracjach. Myślałam, że przyjęcie będzie proste, kilka osób i dobre ciasto na podwieczorek. Myliłam się, Gemma przeszła samą siebie.
                    Nim się zorientowałam, łzy ciekły po moich policzkach, a ja w panice zaczęłam machać dłońmi obok twarzy – świadomość, ile pracy Lou włożyła w mój wygląd, kłóciła się z nieposkromioną radością, która skończyła się rozlewem łez.
- Ooch, piękna. – Niall objął mnie ramieniem i z szerokim uśmiechem ucałował bok mojej głowy.
- Cholera! Nie chciałam, żebyś się popłakała! – Usłyszałam brzdęk kieliszka o drewniany stolik. W mgnieniu oka pojawiła się przede mną sprawczyni najpiękniejszej imprezy, jaką ktokolwiek dla mnie, w zasadzie dla nas, zorganizował. Z przejęciem wymalowanym na twarzy, delikatnie zbliżyła swoje kciuki do mokrych policzków i zaczęła je wycierać. Zaśmiałam się z żałości, na co ona mi zawtórowała, pokazując mi przy tym swoje idealnie równe zęby. Śmiała się do mnie oczami i wiedziałam, że podjęłam właściwą decyzję o tym, żeby była moją prawą ręką podczas ślubu i wesela.
- Świetna robota, Gem. – Stwierdził Niall, przytrzymując moją talię w geście wsparcia.
- A nawet połowy jeszcze nie widziałeś, więc chyba mi się udało. – Zaśmiała się do niego.
- Cała zapłakana, nic nowego! – Znajomy damski głos w tle się zaśmiał, ale mnie to nie rozbawiło. Nie takiego wsparcia oczekiwałam, więc chciałam jak najdalej odsunąć od siebie przywitanie Charlie.
- Dziękuję. – Mruknęłam, w zasadzie wysiorbałam nosem. Przyciągnęła mnie do siebie i kilka dłuższych chwil stałyśmy tak przytulone.
- Zawsze możecie na mnie liczyć. – Uśmiechnęła się. Poprawiła delikatnie jeden z moich warkoczy, a ja wyrównałam ramiączko jej granatowej, zwiewnej sukienki. Idealnie kontrastowała z jej jasnymi jak platyna włosami i krwistoczerwoną szminką. – Dzięki, że nie zwlekałeś jeszcze dłużej, Niall. – Zaśmiała się do niego, w czym zawtórował jej cały tłumek przed nami.
- Och, dajcie spokój! – Żachnął się, ale ze szczęśliwym wyrazem twarzy. Również się przytulili, kołysząc się przy tym na boki jak dzieci.
- Okay, wszyscy którzy przez jakiś czas się nie dostaną jeszcze do naszych gołąbków, kelnerzy zaraz rozniosą trochę kieliszków z bąbelkami! – Oznajmił Michał. Szum rozmów podniósł się i pozbył się zalążków niezręcznej ciszy, która doprowadziłaby mnie do szału.
- Tak. Niczym się nie martwcie, wszystkim się zajęliśmy. Annie, w razie czego krzycz, to zaraz przylecę. W porządku, misiu? – Uśmiechnęła się raz jeszcze. Tylko ona poza Niallem wiedziała, że moje ataki paniki wzrosły na sile. Byłam jej wdzięczna za to, że gotowa była zadbać o moje dobre samopoczucie nie tylko ze względu na zaręczyny.
                    Ochoczo pokiwałam głową i pozwoliłam jej odejść na bok. Nie miałam zbyt wiele czasu na oddech. Chciałam zrobić krok w przód, zaraz za brunetem, ale ubiegła mnie blondynka pędząca w moje ramiona. Rzuciła mi się na szyję tak mocno, że ledwo ustałam w miejscu. Przez prześwit w jej włosach zauważyłam zaniepokojony wzrok Nialla, gdy łapałam równowagę. Uderzyły we mnie duszące perfumy Chanel, którymi popsikała się zdecydowanie za mocno.
- O matko, Annie! Tak się cieszę, że mogę tu być! – Niemalże wykrzyknęła. Mocno ucałowała mój policzek i odsunęła się ode mnie, by zlustrować mnie wzrokiem. – Spójrz na siebie! – Nie wiedziałam, czy lepiej uznać to za komplement, czy wręcz przeciwnie. – Pokaż mi to świecidełko!
                    Nie czekała na reakcję z mojej strony, tylko przyciągnęła do siebie moją lewą dłoń i zaczęła oglądać pierścionek zaręczynowy. Zrobiła wielkie oczy i kilka razy zamrugała, zanim delikatnie dotknęła go opuszkiem palca wskazującego. Nie była to najbardziej komfortowa sytuacja, o ile w ogóle mogę poczuć się komfortowo w towarzystwie jej przytłaczającego, ciężkiego charakteru, który w ogóle nie pokazywał śladu po naszych nieporozumieniach.
- To Cartier, prawda? – Zapytała, spoglądając na mnie kontrolnie. Czekała, aż przytaknę. Nie wiedziałam, czy chcę. – Z kolekcji Balerina. Oglądałam je online.
- Nie wiem, nie ma to dla mnie znaczenia. – Uśmiechnąć się? Zaśmiać? Mój organizm chciał zrobić kilka rzeczy na raz, ale ilość emocji przelewająca się przez moje ciało nie pozwalała mi się zdecydować.
- Oczywiście, że nie ma. Wychodzisz za Nialla Horana! – Ciasno się uśmiechnęłam, niepewna jak zareagować.
                    Odruchowo zaczęłam go szukać wzrokiem. Moje myśli potrzebowały ratunku od infantylnych komentarzy, obojętnie jak szczere i od serca by nie były. Zagryzłam wargę widząc, jak stoi do mnie tyłem i wita się ze swoimi kuzynami. Głupio wyglądałoby wołanie go na pomoc, gdy na dobrą sprawę nic się nie dzieje. Zostałam po prostu zasypana osobowością Charlie, która nie należała do odprężających.
                    Zastałam jednak kogoś innego. Na lewo od Nialla, kawałeczek dalej, stali wszyscy w grupce i śmiali się do siebie. Jedna osoba szczególnie zwróciła moją uwagę, bo najdłużej go nie widziałam. Jego zielone oczy uśmiechały się do mnie i niemalże krzyczały, że widzą mój problem z blondynką. Wyszczerzyłam się jak idiotka. Zignorowałam monolog Charles, która dopiero się rozkręcała. Spojrzałam na nią pustym wzrokiem i nie wiedziałam, jak jej przerwać, więc lekko uniosłam dłoń. Położyłam ją na jej ramieniu, co w końcu zwróciło jej uwagę.
- Poczekaj chwilę… - Mruknęłam, nawet nie czekałam na jej odpowiedź. Z daleka widziałam już, jak brunet otwiera swoje ramiona i idzie do mnie wesołym, tanecznym krokiem.
                    Koszulę miał rozpiętą aż do swojego charakterystycznego tatuażu na brzuchu. Namalowane miała na czarnym materiale różowe serca wielkości mojej piąstki. Włosy odgarnięte z czoła i przytrzymane żelem, po zaroście ani śladu. I te dołeczki w policzkach, które śmiały się z każdym jego uśmiechem.
- Harry! – Ucieszyłam się. Z przyjemnością utonęłam w jego potężnych ramionach, pochłonięta przez jego wysoki tułów. Pachniał tak jak zawsze, świeżą miętą. – Przecież masz dzisiaj występ w Nowym Jorku!
- Moja przyjaciółka się zaręczyła, więc chyba nie mam! – Zachichotał. – Moment, gdzie jest Annie? Bo widzę tylko jakąś brązowowłosą dziewczynkę z Cheshire!
- Mam trochę blondu, tu, na końcówkach! – Pokazałam. – Tak się cieszę, że cię widzę. Nawet nie masz pojęcia.
- I vice versa. Właśnie mówiliśmy, że jesteśmy niemalże w starym składzie. – Dodał, pokazując na resztę za nim.
                    Nie mylił się. Po chwili fruwałam w uściskach Louis’ego i jego siostry, Lottie. Lou z uśmiechem poprawiła moją delikatnie rozmazaną od płaczu maskarę i posłała mi tony buziaków, żeby nie ryzykować zabarwienia jej jaskrawą szminką. Czułam się jak w domu.

                    Wędrowałam z ramion do ramion. Nie musiałam się martwić tym, że goście podzielą się na grupy. Wszyscy się znali, każdy z każdym potrafił rozmawiać. A nawet jeśli robili to na siłę, udawało im się bez problemu. Zdążyłam napatrzeć się na nową, piękną biżuterię Laury i wspaniały makijaż Natalii, które to z kolei zachwycały się moją, jak to nazwały, promienną aurą. Bracia Devine przyssali się do wysokich szklanek z bursztynowym lub czekoladowym trunkiem. Aurelie ni stąd ni z owąd pojawiała się i pstrykała zdjęcia. Obiecywała, że zachowuje najwspanialsze momenty naszych zaręczyn.
- Później wywołamy je w kilku kopiach i wyślę jeden zestaw Twojej mamie. Na pewno się ucieszy! – Wtrąciła nagle Gemma. Ta biegała z jednego kąta do drugiego, wędrowała między stolikami i upewniała się, że każdy wie, gdzie stoją kryształowe szklanki z letnim mojito.
                    Na stolikach w całym ogrodzie rozstawione były małe bufeciki z ciepłymi i zimnymi przekąskami. Maleńkie koreczki, wykałaczki pełne smakołyków na raz, niewielkie salaterki na zagryzkę do alkoholu i kilkucentymetrowe tortille z całą gamą domowych sosów. Można było usiąść z talerzykiem na kanapie, w fotelu lub przy stole z kilkoma krzesłami – jak komu wygodnie. Niektóre drewniane stoliki posypane były złotym, mieniącym się brokatem. Do filarów namiotu ogrodowego przywiązanych było jeszcze więcej balonów, tyle że przezroczystych i pełnych confetti w środku. Wszystkie dekoracje były radosne i w sam raz dopasowane do mojego gustu.
                    Do każdego trzeba było się dosiąść, z każdym co i rusz zamienić kilka słów. Tak wyglądało bycie atrakcją popołudnia, gdy bliscy świętują twoje szczęście. Z szerokim uśmiechem położyłam rękę na ramieniu Laury, w przepraszającym geście. Zostawiłam jej grupkę ze złocistym szampanem w kieliszkach, gdy wyhaczyłam wzrokiem moją dzisiejszą wybawicielkę. Usiadła przy prostokątnym stole na ławeczce ogrodowej, przykrytej ślicznymi poduchami w marynarskie pasy. Michał tłumaczył coś Harry’emu, który z wrażenia przestał na dłuższą chwilę sączyć drinka. Gemma zaśmiała się w głos, co uznałam za dobry znak.
- Mogę dołączyć? – Spytałam z lekkim uśmiechem.
- Jeszcze pytasz? To twoja impreza! – Rzuciła. Usiadłam tuż obok niej i odstawiłam pustą szklankę po różowym koktajlu na stolik.
- Boże, będziemy mieli kolejnego Polaka w rodzinie! – Zauważył brunet. Klepnął po ramieniu Michała, który zaśmiał się do siebie i skinął głową. Fakt, że uznał mnie za ich rodzinę rozgrzewał moje serce.
- Chyba ci to nie przeszkadza, co?
- Gdyby przeszkadzało, nie zgodziłbym się na wasz ślub. – Odparł do Gemmy. – W najbardziej ekscytującym momencie krzyknąłbym, że nie wyrażam zgody, no i koniec.
- Dzięki, że tego nie zrobiłeś. Doceniam.
- Widziałaś tematyczne dekoracje? – Zwrócił się do mnie mój rodowity kompan, na którego mogłam liczyć w polskim humorze językowym, który bawił mnie i moich rodziców.
- Które? – Zaczęłam rozglądać się dookoła, doszukując się czegoś, na co nie zwróciłam uwagi.
- Na balustradzie, o tam. – Pokazał palcem na namiot ogrodowy. – Widzisz? Łańcuch z proporczykami.  – Widziałam. Trzy flagi, powtarzały się jak schemat. Polska, Wielka Brytania, Irlandia. Ja, to co nas połączyło i On.
- To był twój pomysł?! – W odpowiedzi skinął głową. – Nie zauważyłam ich! Są wspaniałe! – Ucieszyłam się.

                    Uśmiechy wszystkich dookoła napawały mnie niesłychanym szczęściem. Dookoła mnie rozpościerała radosna aura, której nic nie mogłoby zniszczyć. Soczysta zieleń trawy, blask dekoracji i kolory przekąsek i koktajli były tym, co uzupełniały moją gamę nastrojowych barw. W tych odcieniach mieniły się nasze zaręczyny.        
                    Widziałam, jak się śmiał. A nawet gdy jedynie rozmawiał, jego oczy świeciły. Nie poświęciłam mu dużo czasu podczas przyjęcia, bo zajęta byłam rozmową z innymi. Nadganialiśmy z tematami w różnym tempie, nie mogąc siebie nawzajem dogonić i właściwie nacieszyć się chwilą.
                    Nabierałam kilka oddechów, stojąc razem z Lou i Ellie. Rozmowa zaczęła się od męskiej garderoby i komentarzy na temat dobrego kroju Nialla marynarki. Wszystkie spojrzałyśmy na niego, ale to ja nie byłam w stanie uciec wzrokiem. Wyłączyłam się i nie słuchałam, o czym mówiły, bo się wsłuchiwałam w jego głos. Trudny do dostrzeżenia pośród tylu śmiechów i rozmów, ale dla mnie wyjątkowy.
- Wiecie już, kiedy ślub? – Pytanie Charles wzburzyło morze, po którym dryfowały moje myśli. Musiałam dwa razy zamrugać i z niezadowoleniem odwrócić wzrok od mojego narzeczonego, z którym miałam zaraz złapać kontakt wzrokowy. Bo czułam, że odwraca głowę w moją stronę i się we mnie wpatruje. Zerknęłam na nią i zaczęłam się zastanawiać przez chwilę nad tym, jak wygląda. Jej kanarkowa mini była tak dopasowana, że wręcz przytulała się do jej kształtów. Słusznie wycięty dekolt i kilka delikatnych łańcuszków na szyi, czyniły ją wartą milion dolarów. Obcasy miała wyższe od moich. Gdybym się zaczęła nią wtedy martwić pomyślałabym, że chciała przebić wyglądem przyszłą pannę młodą. Całe szczęście miałam większe zmartwienia na głowie i to nie ja chciałam zaimponować obcym mi ludziom tylko dla zdobycia popularności.
- Jeszcze nie ustaliliśmy dokładnie. Na pewno wiosną lub latem. – Odparłam, próbując poświęcić jej chwilę uwagi. I to jej, a nie dobrze podkreślonym piersiom, które wyglądały lepiej od moich.
- To do roboty, ślicznotko. Muszę wiedzieć, kiedy nie planować wakacji na wyspach greckich. – Dodała, karcąc mnie palcem wskazującym. – Ostatnio znalazłam na Instagramie super dziewczynę, która aranżuje stylowe wesela. Wyślę ci link do jej profilu, to będziesz mogła zobaczyć i umówić się z nią na pogawędkę. – Podsunęła pomysł, wyciągając od razu swój złoty telefon.
- Dopiero się zaręczyła, daj jej się nacieszyć. – Wtrąciła Lou, grzecznie, ale konkretnie. Uśmiechnęłam się do niej, więc puściła mi zabawnie oko. Przysunęła się do mnie i wzięła mnie pod rękę. – Trzeba się najpierw przyzwyczaić do nowej rzeczywistości.
- Niby tak. Ale to powinien być ślub roku! – Zwróciła uwagę, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Polska dziewczyna wychodzi za irlandzkiego idola! Na pewno prasa będzie się pchać do waszych drzwi.
- Nawet jeśli tak będzie, nikogo nie wpuszczę. – Skomentowałam. Chciałam zamknąć temat, w którym czułam się niezręcznie. Tak jak sądziłam, zamknęła usta i powstrzymała się od drążenia tematu. Rzuciłam jej ostrzegawcze spojrzenie, żeby wiedziała, że powoli przekracza granicę. Ostrzeżenie przykryłam ciasnym uśmiechem, którym uspokajałam przede wszystkim siebie.
                    Przyciągnęłam do ust różową rurkę, by wciągnąć przez nią łyk orzeźwiającego drinka. Poprosiłam barmana o jak najmniejsze ilości alkoholu w tych kolorowych cudeńkach w obawie, że nadmiar nerwów i emocji pomieszany z procentami, za szybko namiesza mi w głowie. Fakt, że szklanka z różowym drinkiem była udekorowana złotym brokatem, tylko dodawała mi kolejnych porcji dobrego samopoczucia. Wszystkie detale, którymi w ogrodzie uraczyła nas Gemma wyglądały, jak gdyby dopasowane do mojego umysłu i jego potrzeb w przypływie nerwów i lęku.
                    Talerze ze słonymi przekąskami zostały przesunięte przez obsługę na końce stołów, żeby zrobić miejsce piętrowym tackom na babeczki, ciasteczka, kawałki placków i ciast wszelkiego rodzaju. Moje oczy i nos nie mogły się posiąść z radości, gdy znalazłam te owocowe dekoracje i pływającą lub zmarzniętą i temperowaną czekoladę. Marzyłam o momencie, w którym wezmę swój talerzyk i nałożę sobie coś wspaniałego. Tkwiłam jednak w środku rozmów, rozważań i debat, prowadzonych głównie przez Charlie. Była bardzo zaaferowana i podekscytowana wszystkimi gośćmi oraz samą imprezą, więc buzia się jej nie zamykała.
- Psst. – Czyjaś dłoń delikatnie poklepała mnie po barku. Z ulgą oderwałam się od słuchania blondynki, by ujrzeć wesołe loki uśmiechniętej Natalii. – Zmykaj stąd, usychasz z nudów. Bierz się za malinowe babeczki. Widzę, jak na nie ciągle zerkasz. – Puściła mi oko, po czym obie zachichotałyśmy. Zwróciłyśmy tym uwagę kilku osób obok, więc mnie ponagliła, szybko zajmując moje miejsce przy stole.
                    Odetchnęłam. Bycie jedną z dwóch głównych atrakcji wieczoru sprawiało, że głowa kazała mi się czuć odpowiedzialną. Zaczynałam przejmować się dokończeniem rozmowy z każdym i upewnianiem się, że nie czują się niezręcznie. Wędrowałam od stołu do stołu, próbując uspokoić sumienie. Zupełnie niepotrzebnie, jak się zastanowiłam po kilku głębszych oddechach. Powinnam celebrować swoją miłość, a nie wracać na zmartwione drogi. Dlatego odnalazłam wzrokiem najprzystojniejszego mężczyznę na tym przyjęciu i się uśmiechnęłam. Bo stał razem z Tommo, Harrym i kilkoma jeszcze, bardzo bliskimi nam osobami. Zaraz przy tacach z deserami.
                    Podeszłam do ich małego kółeczka. Louis żywo gestykulował, próbując opisać wygląd czegoś, o czym opowiadał. Odstawił nawet na stolik butelkę z piwem, żeby nie wylać i mieć większe pole do popisu. Znalazłam wąską lukę pomiędzy Lottie a Niallem. Wykorzystałam ją więc, delikatnie obejmując dłonią biceps jego ręki, którą trzymał w kieszeni. Momentalnie odwrócił do mnie głowę i uśmiechnął się, gdy mnie zobaczył. Przesunął się, robiąc dla mnie miejsce. Zsunęłam rękę, zwyczajnie oplotłam nią jego ramię i oparłam policzek o jego bark. Trochę zginałam przy tym szyję, z uwagi na bycie wyższą niż normalnie o dziesięć centymetrów, ale nie przeszkadzało mi to.
- Więc mówię mu, człowieku! Niesiesz delikatne rzeczy, nie rzucaj nimi na lewo i prawo! Bo cały czas myślałem, że w kartonie ma płyty. On spojrzał na mnie, jakbym był chory na głowę... – Tommo dalej opowiadał. Nie śmiałam przerywać i dopytywać, o co chodzi. Wystarczył mi jego znajomy, wesoły głos pełen barwnych opowieści i żartobliwych tekstów.
                    Zauważyłam, że w drugiej ręce Niall trzyma talerzyk z kawałkiem ciasta z owocami. Na jasnym spodzie leżał żółty krem, w który powtykane były plasterki kiwi, banana i kostki ananasa. Nie chciałam puszczać jego ramienia i znów się oddalać, by znaleźć porcję dla siebie. Jego bliska obecność działała kojąco na moje nerwy. Kilka osób zaśmiało się z opowieści, więc i ja się uśmiechnęłam. Lotts zaczęła przekomarzać się ze starszym bratem, więc zyskałam pełną uwagę mojego narzeczonego.
- Czemu nie jesz? – Mruknęłam cicho, odsunąwszy od niego głowę. Spojrzał na ciasto, a potem na mnie, wzruszając ramionami.
- Mam chwilę przerwy. Chcesz?
- Daj mi tylko spróbować. – Odparłam. Przysunął talerzyk w moją stronę i pozwolił mi sięgnąć wolną ręką po kawałek. Odwróciłam go drugą stroną, by nie trafić na ananasa. Rujnowało to stabilność niewielkiego skrawka, dzieliło porcję na pół i kruszyło całą konstrukcję, ale omijałam ten owoc tak samo, jak rodzynki.
- Oczywiście. – Zachichotał. Poczekał, aż odgryzę kęs i odstawił talerzyk na wysoki stolik barowy, obok, który pełen już był dwóch pustych kieliszków i jednej brudnej miseczki.
- Dobre. Bardzo miękkie. – Skomentowałam. Ciasto w środku miało jeszcze masę budyniową, która sklejała całość jak najlepszy składnik.
- Tylko po dobre rzeczy sięgam! – Uśmiechał się. Lekko przejechał kciukiem tuż nad linią moich ust, by najwidoczniej pozbyć się odrobiny kremu. Odruchowo powędrowałam później językiem po lekkiej szmince, dla sprawdzenia. – Już, nic nie ma.
                    Uwielbiałam chwile, gdy nasze twarze dzieliły centymetry. Gdy moje ręka wczepiona była w jego, a błękitne oczy wędrowały po całej mojej buzi pełne adoracji. Czasami widziałam, z jaką pamięcią i uczuciem obserwował każdy element mojego ciała. Zdarzało mu się zatrzymać wzrok na moich ustach, na włosach, czy nawet na pieprzyku, który miałam pod uchem. Sposób, w jaki na mnie patrzył był niesamowicie atrakcyjny i pociągający.
- Wszystko w porządku? – Szepnął mi do ucha, gdy znów oparłam na nim głowę i przymknęłam powieki z głębokim oddechem. Próbowałam odgonić od siebie wszelkie niepotrzebne zmartwienia, ale myśli jedynie zataczały kółeczko i wracały. Musiałam zmarszczyć czoło w niezadowoleniu, bo zaraz potem wyślizgnął swoje ramię z mojego uścisku i objął mnie nim. Pozwolił mi złapać go w pasie i całkiem przytulić się do jego boku.
- Mhm… - Mruknęłam. Musiałam go tym nieszczególnie przekonać, bo zaczął wędrować opuszkami palców po moim ramieniu. Zatrzymał je na wysokości mojego nadgarstka, gdzie niewinnie znalazł mój puls. Był przyspieszony, ale serce waliło mi również, gdy podziwiałam jego urodę, więc nie wiedziałam czy to takie miarodajne. – I’m just a little overwhelmed. I’ll be fine. – Dodałam.
- Czegoś ci potrzeba? – Szepnął tylko do mnie. Pogładził dłonią moje ramię, po czym pewnie objął mnie w talii.
Ciebie.
- Nie. Ale nie chcę znowu się rozdzielać. – Odpowiedziałam. Ucałował czubek mojej głowy w odpowiedzi.
- Niall? – Odezwała się Gemma, zwracając naszą uwagę. On odwrócił głowę w jej stronę, a ja wychyliłam się z mojego kokonu bezpieczeństwa i obdarowałam ją najdelikatniejszym uśmiechem. – Annie, dobrze się czujesz? – Stanęła bezpośrednio obok. Zmarszczone miała czoło, gdy spoglądała na mnie. Pokiwałam więc ochoczo głową, nie chcąc jej martwić. Ręka bruneta ciaśniej oplotła mój tułów, dodając mi otuchy.
- Co tam? – Zapytał. Był to ruch odwracający uwagę ode mnie, co sprytnie zauważyła blondynka. Uniosła kącik ust w zrozumieniu, zanim się odezwała.
- Pomyślałam, że czas na tort. Mamy złotego szampana, moglibyśmy wznieść toast.
- Jak tak dalej pójdzie, będziemy musieli wynająć cię do organizacji wesela. – Zauważył, na co wszyscy troje się zaśmialiśmy. Gemma przewróciła zabawnie oczami.
- Uznam to za pozwolenie! – Wyszczerzyła się. – Dam znać obsłudze, że można przynosić.

                    Przez kolejne minuty nie opuszczałam Nialla ani na moment. Czułam się właściwie, stojąc u jego boku. Zwłaszcza gdy Harry poinstruował nas, żebyśmy we dwoje stanęli obok dekoracyjnych balonów, kiedy wszyscy oczekiwali na jedną z atrakcji dzisiejszego popołudnia. Niall schował ręce w kieszeniach i zaczął robić głupie miny do Deo, który nagrywał jego reakcję telefonem.
                    Z oranżerii wyłoniło się kilku kelnerów, jeden z nich pchał długi stolik na kółkach. Stał na nim piękny, jednopiętrowy, biały tort. Kieliszki ze złocistym trunkiem, w którym pływały drobinki jadalnego brokatu, stały zaraz obok niego. Zatrzymał się przed nami, więc mogłam lepiej obejrzeć cukiernicze arcydzieło. Był prosty, przykryty białym lukrem. Ozdobne litery z lukru układały się w nasze imiona. Uderzał we mnie fakt, że to się dzieje naprawdę i faktycznie w przyszłym roku będę świętować, tyle że już po ślubie.
- Mówimy coś? Czy… - Nachylił się do mnie, położywszy dłoń na moich plecach. Oboje wpatrywaliśmy się we wspaniały deser z szerokimi uśmiechami.
- Powinniśmy im podziękować. – Mruknęłam. Serce biło mi na myśl przemawiania w dużym gronie, gdy otacza nas cisza i niecierpliwość ze strony gości.
- Chcesz, żebym mówił w naszym wspólnym imieniu? – Zapytał. Lekko skinęłam głową, bo zaraz potem jeden z kelnerów wręczył mi smukły kieliszek.
                    Kątem oka widziałam, jak Charlie wyjmuje z torebki telefon i zaczyna nam robić zdjęcia. Harry, Lou i Michał trzymali w rękach swoje porcje szampana i spoglądali na nas szczęśliwymi oczami. Gemma jako ostatnia podeszła do nich, odbierając od kelnera ostatnie napełnione szkło. Laura i Eoghan podziwiali mieniący się trunek, kuzyni uciszali swoje śmiechy. Basil stał nieco dalej, z boku, obserwując nas ze spokojem wymalowanym na twarzy.
- Okay, ludzie. – Niall odchrząknął, zwracając uwagę wszystkich zgromadzonych. Schował wolną rękę do kieszeni i rozejrzał się dookoła. – Um, chciałbym… chcielibyśmy - Skinął w moją stronę, na co uśmiechnęłam się promiennie. – bardzo podziękować za to, że jesteście. Największe słowa wdzięczności idą chyba do tej pani w niebieskim… - Zaśmiał się, pokazując kieliszkiem w stronę Gem. Ta uniosła swoje szkło w geście toastu i puściła oko w naszą stronę. – Gemma, to co dla nas przygotowałaś przeszło nasze wyobrażenia. Nigdy nie myślałem, że będę miał tak wspaniałe przyjęcie zaręczynowe. Wszystko jest idealne. – Pokazał ręką dookoła. – Bardzo się cieszę, że możemy wspólnie z wami wszystkimi świętować naszą przyszłość. Annie – Odwrócił się do mnie, pokazując mi swój zalotny uśmieszek. – Dziękuję, że powiedziałaś „Tak”. – Razem ze wszystkimi wybuchłam śmiechem. Ten mój pomieszany był jednak z lekkimi nerwami, więc mój głos zadrżał. Odnalazłam jego dłoń i ujęłam ją, ściskając między wierszami. – Dzięki Tobie bliscy robią dla mnie imprezy z pysznym jedzeniem i alkoholem. – Kolejna salwa śmiechu, a moja ręka zwinięta w delikatną pięść powędrowała na jego biceps. – Nie, ale tak na serio. – Spojrzał na swoje buty, zanim znów spotkał się z moim wzrokiem. – Jestem szczęściarzem.

                    Tort był pyszny. Biszkopt waniliowy przekładany musem owocowym i kremem z serka mascarpone. Lukier miał w sobie sporą porcję białej czekolady. Tyle dobroci popite luksusowymi bąbelkami – i wszyscy goście padają z przejedzenia.
                    Chwilę ciszy i kojącego spokoju zastałam w toalecie, załatwiając swoje potrzeby i poświęcając swojej twarzy kilka poprawek w lustrze. Myłam drugi raz ręce, kiedy do stylowego pomieszczenia weszła właścicielka kanarkowej, krzykliwej sukienki. Uśmiechnęła się promiennie na mój widok i stanęła obok mnie, przed lustrem. Położyła torebkę na umywalce i wyciągnęła z niej szminkę.
- Jak ci się mieszka w nowym domu? – Zapytała nagle. Chciałam już wyjść, zostawić ją i jej idealne kształty. Zostałam jednak, oparłam się bokiem o ścianę i z głową pełną myśli, obserwowałam jej poczynania.
- Dobrze. Wciąż się przyzwyczajam, ale jest wspaniały. – Odparłam. Słabo się uśmiechnęłam nie wiedząc, dokąd nasza rozmowa poprowadzi.
- Zrobisz mi wycieczkę? – Podekscytowała się. – Może zabiorę się z wami po przyjęciu.
- Nie zabierzesz się, Charles. – Serce mi zabiło szybciej, gdy słyszałam co mówią moje usta. Budziła się moja utęskniona asertywność, która byłaby w stanie wybawić mnie z potrzasku. Blondynka spojrzała na mnie z uniesioną brwią, zaskoczona równie mocno jak ja. Prawie nigdy nie sprzeciwiałam się jej pomysłom. Jeśli już, uciekałam od nich. Ale wzbraniałam się od mówienia jej prosto w twarz „nie”.
- Jak to? – Westchnęłam głęboko.
- Posłuchaj. Niall dopiero wrócił, chcieliśmy spędzić trochę czasu sami. Nie mieliśmy go zbyt wiele, odkąd wróciliśmy z Irlandii.
- Zrozumiałe. Może innym razem. – Mrugnęła do mnie przez lustrzane odbicie. – Myślałaś już nad kolorem przewodnim?
- Nad czym…?
- No wiesz! – Rozłożyła ręce, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Podczas ślubu możesz mieć jakiś kolor przewodni dla dekoracji i dodatków. Muszą się pod niego podporządkować druhny i drużbowie. Osobiście uważam, że srebrny byłby super. Jeśli zdążę się opalić, dobrze będę wyglądać w szarym.
- Czy kiedykolwiek zapytałam cię, czy będziesz moją druhną? – Rzuciłam. Miałam dosyć jej pewności siebie. Nie znosiłam jej siły i niezłomności, trwania w ideologiach które nie były prawdziwe. Spojrzała na mnie, trwając w bezruchu. Otworzyła trochę szerzej oczy.
- No nie, ale znam cię. Nie lubisz formalności, szybko się denerwujesz. Dlatego dzisiaj stchórzyłaś i nie powiedziałaś nic do wszystkich, tylko kazałaś Niallowi odwalić czarną robotę. – Wzruszyła ramionami.
- Charlie. Druhnę będę miała tylko jedną. Ma na imię Gemma. – Powiedziałam głośno. Powiedziałam. Konkretnie. Widziałam, jak powoli zmienia się jej wyraz twarzy na pełen szoku i zawodu. Zaczynała się obrażać.
- No weź, Annie. Nie możesz się na mnie wyżywać za to, że układa mi się z chłopakiem. – Mówiła z żałosnym śmiechem. Przymknęłam na chwilę powieki, bo moja wizja czerwieniła się. Stąpałam po cienkim lodzie nerwów.
- Nie wyżywam się na tobie! Po prostu robię to, co dla mnie jest najlepsze. Dbam o siebie. A po tym jak zdarzało ci się mnie traktować, nie mam najmniejszych wątpliwości co do mojej decyzji.
- Myślałam, że już skończyło się przedszkole? Wybaczamy ludziom za to, jacy są? Kochana. Co ja poradzę, że mam taki charakter? – Położyła ręce na biodrach, atakowała nonszalanckim głosem.
- Wiesz co? – Zaczęłam. Nawet nie wiedziałam czym skończyć. Serce mi biło z przejęcia, zaczęłam kręcić głową w niedowierzaniu. Czułam, jak krew parzy moje żyły. Myśli prześlizgiwały się przez szpary świadomości. Próbowały dać mi do zrozumienia, że jestem w stanie podnieść głos. – Gdyby choć przez chwilę, szczerze i z całego serca, obchodziło cię moje samopoczucie, nie musiałybyśmy teraz dyskutować.
- Przecież wiesz, że mi na tobie zależy. Jesteśmy przyjaciółkami!
- To mi udowodnij, że się starasz. Zrozum mnie, moją pozycję i moje samopoczucie. Nie będę podawać ci całej siebie na srebrnej tacy. – Odparłam szorstko, ale moja twarz złagodniała. Charlie wsparła się w biodrach i przejechała językiem po zębach, tik podczas zdenerwowania. – Zaręczyłam się, Charles. To powinny być najpiękniejsze chwile mojego życia, a nie spędzone na martwieniu się, czy ktoś kto był moim przyjacielem, nie przekracza swoich granic. Przepraszam, ale moje samopoczucie psychiczne jest teraz dla mnie najważniejsze. Jeśli szanujesz moje uczucia, a nie tylko mówisz o mnie jak o „przyjaciółce”, to zrozumiesz. – Dodałam. Rozluźniłam zmarszczone brwi i zagryzłam wargę, słysząc ciszę między nami. Blondynka opuściła wzrok i skrzyżowała ręce na piersiach. – Jak zmienisz swoje nastawienie, to zadzwoń. Ale nie rób tego przez najbliższych kilka dni, kiedy chcę nacieszyć się swoim narzeczonym.




                    Kiedy pozwalam swojemu sercu współpracować z rozumem, gotuje się we mnie od nadmiaru emocji. Roznosi mnie od środka; nie wiem, gdzie się podziać, chować się w zwojach pościeli czy biegać. Gotuje się we mnie i myślę zdecydowanie za dużo, więc potrzebuję szybkiego ujarzmienia.
- Jestem z ciebie dumny. – Ulubiony głos przerwał mój nieprzyjemny trans. Ocknęłam się z rozmyślań i spojrzałam na niego w tym samym momencie, gdy mocniej ścisnął moją dłoń.
                    Całą drogę do domu pozwalałam mojej buzi się nie zamykać, a propos Charlie. Wylewałam z siebie każdą myśl dotyczącą naszej rozmowy i starałam się uporządkować je w głowie tak, by mieć jak największy spokój w sobie, mimo kilogramów niepewności i nerwów.
                    Weszliśmy do domu, spowitego światłem przedostającym się przez potężne okna. Od razu poczułam się lepiej w otoczeniu dużych przestrzeni naszych własnych kątów. Na dworze było jeszcze jasno, zachód słońca dopiero się zbliżał. Ciepły wieczór dodawał jeszcze więcej komfortu uspokajającej zieleni, która szerzyła się za każdym z okien.
- Muszę przestać myśleć i się uspokoić. – Mruknęłam do siebie. Niall usłyszał, bo gwałtownie pociągnął mnie za rękę i odwrócił do przodem do siebie. Oparłam dłoń na jego piersi, by złapać równowagę. Zawiesił na mnie spojrzenie i zmusił do kontaktu wzrokowego, który hipnotyzował. Zwłaszcza, gdy patrzył na mnie z taką miłością, że nie byłam w stanie się od niego oderwać. Delikatnie wtedy mrużył powieki, ledwie zauważalnie. Usta spoczywały w najspokojniejszym uśmiechu, jaki na nim ktokolwiek widział. Powieki zalotnie się chciały przymknąć, zmarszczki obok oczu znikały, a jego lekki oddech był trudny to wyczucia.
- Będę twoim mężem. Nie wiem, czy to powód do zachowania spokoju. – Zadrżała mu warga ze śmiechu, zanim pozwolił uśmiechowi się rozszerzyć na całą twarz. Sama nie mogłam powstrzymać odsłonięcia zębów. Już zawsze będzie mnie zwalał na kolana swoimi komentarzami, na które nie potrafię reagować negatywnie.
- Mężem. Brzmi tak… staro. – Zagryzłam wargę, chichocząc. Mina mu zrzedła na to hasło. Wiedziałam, że uzyskam od niego podobną reakcję po tym, jak jego kuzyni rzucili kilka komentarzy dotyczących tego, jak się prezentujemy razem. Miałam wyglądać na kilka lat młodszą, u boku dojrzałego biznesmena. Sama nie zgadzałam się z nimi, ale co nieco zdążyło dotrzeć do dumy bruneta. Dlatego chwilę później gwałtownie zaczął całować moją szyję, jednocześnie łaskocząc moje boki. Wybuchłam potężnym śmiechem i zaczęłam się wiercić, próbując uciec od jego złowieszczych palców.
- Staro, tak? – Pytał. Przygryzł kilka razy fragment mojej skóry, łagodząc to za chwilę muśnięciem ust i delikatnym zassaniem. Elektryzował mnie jego dotyk. Z każdym drapnięciem zębami wyostrzały się moje zmysły, pomimo bycia skupioną na perfidnych łaskotkach.
                    Próbowałam uwolnić się z potrzasku, ale na niekorzyść zadziałały buty na wysokim obcasie. Pisnęłam i zachwiałam się, tracąc równowagę. Chwycił mnie w porę, mocno złapawszy za pośladki. Zawiesiłam ręce na jego szyi jako dodatkowe wsparcie i zachichotałam. Stykaliśmy się nosami, oddychałam razem z nim. Czułam się bezpiecznie w jego ramionach i w takiej bliskości.
- Mówiłam ci już, że tęskniłam? – Szepnęłam, gdy nasze spojrzenia się spotkały. Płynęłam zauroczona w jego niebieskich oczach, które zawsze były jedną z moich ulubionych rzeczy w nim.
- Oi! Me feek missed her old Irishman, eh? – Zarzucił swoim irlandzkim akcentem, udając przy tym głos swojego ojca. Parsknęłam śmiechem, ale z radości i miłości. Uwielbiałam ten dźwięk.  
- Always. – Szepnęłam. Przez chwilę wpatrywaliśmy się w siebie z dziecinnymi uśmiechami. W końcu zamknął przestrzeń pomiędzy nami, złączając nasze usta. Od razu zamknęłam oczy, ciesząc się chwilą. Delikatnie masował moje usta, zaciągając się przy tym powietrzem przez nos. Mocniej zacisnął dłonie na moich pośladkach do tego stopnia, że wygiął mój korpus do tyłu. Objęłam palcami jego policzki, przypominając sobie jak to jest z brakiem jego zarostu. Od przylegania do jego ciała zrobiło mi się cieplej i czułam, jak rumieńce wpływają na moją twarz.
                    Oderwał się ode mnie z jeszcze jednym cmoknięciem. Przez jego twarz przemknął chytry uśmieszek, na który nawet nie zdążyłam zareagować. W mgnieniu oka schylił się i objął mnie w pupie, żeby mnie podnieść i przewiesić sobie przez ramię.
- Aaa! Niall! – Krzyknęłam. Nie spodziewałam się tak szybkiego ruchu z jego strony. Zaczęłam się śmiać i prosić, żeby mnie postawił. Nie miałam siły podtrzymywać się rękami na jego plecach, więc opadłam i zaczęłam jedynie wierzgać nogami. Zaczął maszerować ze mną w stronę schodów. Podciągnął moją sukienkę i przez chwilę przytrzymywał mnie tylko jedną ręką, by drugą dać mi głośnego klapsa w pośladek. – Puszczaj! – Zacisnęłam zęby pomiędzy salwami śmiechu i oddałam mu tym samym, klepiąc kilka razy w – szczęściarz – przykryty spodniami tyłek.
- Nie, bo rozbiję głowę mojej ślicznej narzeczonej! – Zachichotał, po czym wszedł na schody.
- Ałć! – Stęknęłam, gdy jedna z moich wierzgających nóg uderzyła o barierkę.
- Przestań się wiercić, bo ugryzę! – Rozkazał. Nie zdążyłam wyhamować ruchu moich nóg, gdy jego zęby niespodziewanie dotknęły mojego odsłoniętego biodra.
                    Po chwili znaleźliśmy się w sypialni. Schylił się tak, bym mogła bezpiecznie upaść na plecy. Zrzucił z siebie marynarkę i położył na fotelu w rogu, po czym wspiął się na materac. Znalazł się tuż nade mną, zrównał nasze twarze i przytrzymywał się na rękach zaraz obok mojej głowy.
- Cześć. – Uśmiechnęłam się do niego niewinnie.
                    Odwdzięczył się zalotnym spojrzeniem, które w połączeniu z opaloną skórą, włosami muśniętymi słońcem i idealnie białą koszulą, która rozpięta była w moim polu widzenia, wyglądało na najgorętszą rzecz na świecie. Pokazał mi swoje idealnie równe i białe zęby, kąciki jego oczu zmarszczyły się w zadowoleniu. Energia, którą w sobie skumulowałam, nie pozwoliła mi czekać. Miałam przed sobą Boga, od którego potrzebowałam czegoś więcej. Skoro wyglądał tak wspaniale, mógł mi dać o wiele więcej.
                    Zatopiłam palce w jego włosach i mocno go do siebie przyciągnęłam. Oboje mruknęliśmy w zadowoleniu, gdy znów zaczęliśmy się całować. Przesunął jedną rękę na mój tułów, aż zjechał nią do mojej nogi. Owinął ją sobie dookoła bioder i zbliżył się do mnie, wykonując nimi ruch do przodu. Kilka razy otarł się o mnie swoim schowanym przyrodzeniem, zanim zaczął obficie całować moją żuchwę, szyję i ramiona. Zsunął jedno z ramiączek sukienki, by mieć lepszy dostęp do skóry.
- I just can’t get enough of you. – Mruknął. Masował dłonią moje udo, podczas gdy usta zostawiały miliony pocałunków, gdzie tylko dosięgały. Serce coraz mocniej mi biło, zwłaszcza gdy szeptał do mnie i mówił, jak bardzo mnie pragnie. Raz jeszcze otarł się o moje dolne partie ciała, co wywołało nasze niekontrolowane mruknięcia zadowolenia. – The pedal’s down, my eyes are closed, no control… - Dodał. Nie mogłam się powstrzymać i w raz z jego chichotem zaczęłam na głos się śmiać. Wbiłam głowę w materac i łzy ciekły mi z oczu, gdy połączyłam kilka faktów w mojej zaparowanej od emocji główce.
- You’re such a dork! – Śmiałam się. Uderzyłam go piąstką w ramię i zauważyłam, że obserwuje moją reakcję z największym uśmiechem na twarzy, jaki widziałam. – Odwracaj się, cwaniaku! – Rozkazałam.
                    Chwycił mnie mocno w tułowu i przekręcił się razem ze mną. Wylądował na plecach, a ja poprawiłam się i usiadłam okrakiem tuż pod jego biodrami. Wyglądał zabójczo seksownie ze zmierzwionymi włosami i w pogniecionej białej koszuli. Uroku dodawały mu skrzące się na mój widok oczy. Fakt ten rozpierał moje serce i nie dał szansy na poskromienie emocji. Moja miłość do niego miała ochotę wybuchnąć, nie miała gdzie się podziać. Musiałam więc coś z tym zrobić.
                    Zwinnym ruchem zdjęłam sukienkę przez głowę, nie dbając już o włosy ani makijaż. Ulokował swój wzrok na moim biuście, który zakryty był jedynie wyciętym stanikiem. Schyliłam się do niego. Delikatnie i przeciągle zaczęłam go całować, by móc wsłuchać się w rytm jego serca. Jedna z jego dłoni wylądowała w moich włosach, gdy przytrzymywał moją głowę. Powędrowałam palcami wzdłuż guzików koszuli i zaczęłam je powoli rozpinać. Z przyjemnością położyłam opuszki palców na jego rozgrzanym torsie. Niewidzialne iskierki rozproszyły się po moich zakończeniach nerwowych, gdy dotykałam jego skóry.
                    Wyprostowałam się i przesunęłam jeszcze trochę do tyłu, by mieć swobodny dostęp do jego spodni. Zaczęłam rozpinać rozporek, gdy on podniósł się do pozycji siedzącej i zdjął do końca koszulę. Gdy zsunęłam nieco niżej jego bokserki poczułam, jak ujmuje dłonią moją twarz i przyciąga do siebie w przeciągłym pocałunku. Gdy objęłam palcami jego członka jęknął z przyjemności. Oparł czoło na moim ramieniu, podczas gdy ja starałam się delikatnie i z dozowaną siłą, dostarczyć mu jak najwięcej przyjemności. Całował ramię, na którym chwilę wcześniej się wspierał. Upajałam się jego żwawym oddechem i czekałam na momenty, w których wydaje z siebie jakieś niekontrolowane dźwięki.
                    Chwilę później odwrócił mnie znów na plecy. Pozbył się już wszystkich ubrań, ale nawet nie dał mi czasu na podziwianie jego nagiego korpusu. Przyssał się ze swoimi pocałunkami do mojego brzucha, wyciągając ze mnie jeszcze kilka chichotów. Jego dłoń powędrowała do góry, na piersi. Gdy zaczął masować je raz po raz, podniosłam się i szybko zdjęłam z siebie biustonosz, by ułatwić mu sprawę. Znalazł się na końcu łóżka, wisząc twarzą bezpośrednio nad moją kobiecością. Pocałował mnie przeciągle przez materiał skąpych fig, na co wzięłam ogromny haust powietrza. Iskry przebiegły przez całą długość mojego ciała, żeby po chwili znów skumulować się pomiędzy udami. Delikatnie zaczął zsuwać ze mnie ostatnią część bielizny. Rzucił gdzieś na podłogę i zaczął do mnie wracać, składając motyle pocałunki od stopy aż po wewnętrzną część uda. Zaczęłam głębiej oddychać i kilka razy zamykałam oczy, by sprawdzić czy to się dzieje naprawdę. Jeśli to był sen, nie chciałam się z niego budzić – dobrze mi było z jego roztrzepanymi włosami, opaloną skórą, gorącem bijącym z każdego fragmentu ciała, ciemnoniebieskimi oczami błyszczącymi z podekscytowania i miłością wymalowaną twarzy, pomimo chytrego uśmiechu.
                    Moment, w którym przylgnął do mnie całymi ustami, był jak spoglądanie przez mgłę. Wydałam z siebie niepowstrzymany jęk, przeklęłam kilka razy. Byłam już wystarczająco mokra, a do tego doszły wilgotne usta i język wariujące w najbardziej wrażliwym punkcie. Wplotłam palce w jego włosy i nie wiedziałam, czy przyciągnąć go do siebie jeszcze bliżej, czy odsunąć. Przyjemne mrowienie rosło na sile z każdym jego dotykiem. Coraz ciężej oddychałam i jedyne słowo, które siliło się na mój język, to jego imię. Wyjęczałam je przeciągle, gdy kilka razy żwawiej poruszył językiem. Zamruczał niskim głosem, wprawiając moje ciało w wibracje.
                    Chwilę później, gdy niewiele dzieliło mnie od głośniejszych jęków, podniósł się. Puścił mi zalotnie oko, po czym znów wspiął się nade mnie. Sprzedał mi soczystego całusa, zanim opuścił wzrok i wziął do ręki swojego członka. Kilka razy przejechał po nim ręką, żeby zaraz potem rozciągnąć moje wnętrze i wypuścić tym samym ze mnie powietrze.
- Fuck… - Przeklął cicho. Wszedł we mnie do połowy, poprawiając się z każdym pchnięciem. Gdy już znalazł swój spokojny rytm, ja zaciskałam oczy. Czułam jedynie jak opada na łokieć, drugą ręką przyciągnąwszy do siebie moje ucho. Automatycznie powędrowałam dłońmi do jego żeber, chcąc jeszcze tak mieć do niego dostęp. Wciąż było mi mało. Zatopił twarz w zgięciu mojej szyi i zaczął zasysać tam skórę, zagryzać i lizać. Nie miałam wątpliwości, że rano zastanę sine malinki.
- Niall… - Wydusiłam z siebie. Na głos jedynie oddychałam, bo tak idealnie się we mnie wpasowywał, że nie śmiałam nawet jęknąć. Było mi zbyt dobrze, odebrało mi siłę do wypowiadania zbędnych słów.
- Cholera, jesteś blisko. – Stwierdził. Musiał wyczuć, jak zaczynam się dookoła niego zaciskać. Pokiwałam jedynie głową, nie mając siły na odpowiadanie. Panowała nade mną przyjemność, która lada moment miała się rozpłynąć po każdym milimetrze mojego organizmu.
                    Poprawił się na rękach i podsunął, lądując swoją twarzą tuż nad moją. Zdjął moją lewą rękę ze swoich pleców i przygniótł do materaca, splatając nasze dłonie. Na mojej błyszczał diament pierścionka zaręczynowego, na który musiał najwidoczniej spojrzeć przez ułamek sekundy.
- Otwórz oczy. – Poprosił, muskając przy tym moje wargi swoimi. Czułam jego oddech na sobie i niczego więcej mi nie było trzeba. Uchyliłam powieki, by spotkać się z jego ciemnoniebieskim spojrzeniem. Jego twarz zaczęła mienić się w promieniach słońca, które widać było z potężnego okna na długości całej ściany, zaraz za nim. Pomarańczowo-różowe promienie malowały jego błyszczącą skórę, dodawały nowych odcieni jego oczom i sprawiały, że od nowa się zakochiwałam. Był najpiękniejszą rzeczą, jaka mnie spotkała. – Come for me, pet. – Szepnął prosto do moich ust. Więcej nie potrzebowałam. W momencie, gdy moje wszystkie mięśnie się napięły, złączył nasze wargi. Wiedział, że w chwili orgazmu jestem najbardziej bezbronna i potrzebuję bliskości, więc zawsze starał się być wtedy jak najbliżej. Scałowywał moje jęki silnym pocałunkiem, który zabierał dech w piersi.
                    Zwolnił tempo, bym mogła dojść do siebie. Składał mi motyle buziaki na całej twarzy i szyi, gdy uspokajałam oddech. Walczył ze sobą tylko dlatego, że potrzebowałam chwili oddechu. Czułam, jak pulsuje we mnie i prosi o więcej. Rytm bicia naszych serc był niemalże identyczny.
- Mogę na tobie usiąść? – Zapytałam cicho. Jego oczy zabłysły, pomimo upewniania się, czy na sto procent chcę i mam siłę. Gdy stanowczo pokiwałam głową, nawet nie czekał. Przytulił mnie mocno do siebie i odwrócił nas na drugą stronę łóżka.
- Podsunę się trochę. – Wiercąc się, ale oparł się o poduszki i był w pozycji półsiedzącej. Moje nogi wciąż się trzęsły, mięśnie miały niekontrolowane skurcze, które wywoływały moje ciche stęknięcia. Położył ręce na moich biodrach i asekurował mnie, gdy opuszczałam się na jego członku.
- Mmhh… - Wypuściłam z siebie. Byłam wrażliwa i pobudzona, każdy dotyk mógł doprowadzić mnie do kolejnego stanu euforii. Lekko oparłam się dłońmi o jego tors i zaczęłam się ruszać w spokojnym tempie.
- Jesteś kurewsko piękna na tle zachodzącego słońca. – Warknął niskim głosem.
- Dzięki, brzmiało bardzo romantycznie. – Zaśmiałam się. W odpowiedzi gwałtownie, niespodziewanie pchnął biodra do góry. Głośno jęknęłam i ściągnęłam brwi z intensywnego uczucia. – Fuck!
- Shit, that was too sexy. – Jęknął.
                    Jego palce mocniej wbijały się w moją skórę. Jedna z dłoni chwyciła pośladek i mocno go ścisnęła. Wszystkie bodźce zaczęły odbierać mi energię i trochę zwolniłam, skupiając się na tym jak idealnie mnie wypełniał.
- Zmęczona? – Zapytał cicho. Odmruknęłam cicho, nie do końca skoncentrowana. – Przytul się. – Dodał. Zrobiłam o co prosił, wciąż ruszając się na nim biodrami.
                    Pocałowałam go przeciągle, zapamiętując smak jego malinowych ust. Przejechałam językiem po jego wargach. Zaczęłam składać pocałunki na jego żuchwie i szyi, tak jak on to robił. Położył dłonie na moich plecach, jeżdżąc delikatnie palcami w górę i dół. Wywołał tym moje dreszcze, na które oboje jęknęliśmy. Schowałam twarz w jego szyi i zaciągnęłam się jego piżmowym zapachem.
- Can I fuck you? – Zapytał niskim głosem. Brzmiał tak seksownie, że nawet nie wpadłam na odmowę. Jęknęłam w odpowiedzi.
- Yes, baby. Fuck me. ­– Szepnęłam prosto do jego ucha. Zagryzłam jego płatek i tylko czułam, jak spina mięśnie.
                    Podciągnął nogi i zgiął, jedną ręką mocno przytrzymywał mój tułów i przyciskał do siebie, drugą stanowczo chwycił mój pośladek, palce raz po raz przysuwając bliżej mojej kobiecości. Zaczął unosić biodra w żwawym tempie i wchodzić we mnie, jakby jutro miało nie nastać. Jęczałam mu prosto do ucha, nie mogąc opanować własnych ust. Sam zaczął dyszeć i kląć głośno.
- Cholera, Ann... – Mruczał nisko. Zdjął dłoń z mojego pośladka, by za chwilę wróciła na niego z głośnym klapsem. Zgrał się on z rytmicznym obijaniem skóry jego bioder z moimi.
                    Nie wiem, jak długo to trwało. Straciłam rachubę czasu. Liczyły się dla mnie tylko jego warknięcia, dotyk i czułe słowa, którymi mnie traktował. Zaczął się naprężać we mnie w tym samym momencie, kiedy zaczął uderzać w najbardziej właściwy punkt. Zacisnął dłoń na mojej pupie i głośno jęknął, po czym obie jego ręce objęły mój tułów tak silnie, że zabierał mi powietrze z płuc. Zaczął dochodzić we mnie, a jego jęknięcia i nieposkromione irlandzkie wulgaryzmy, które mnie podniecały, zrobiły swoje. Napędzaliśmy swoje orgazmy nawzajem swoimi słowami i dźwiękami, które wydostawały się z naszych gardeł.
- Ah, fuck! – Warknął, gdy po raz ostatni tak gwałtownie pchnął we mnie. Jego ciepło zaczęło rozlewać się po mojej kobiecości, która drżała na granicy orgazmu.
- Fuck, fuck, fuck! One more baby, come on! Please! – Podniosłam głos. Przeklął głośno i nie wypuszczał mnie z objęć, gdy jeszcze kilka razy ruszył biodrami. Mój tułów się zatrząsnął, uwięziony w jego uścisku. Cała moja energia skumulowała się więc w kobiecości, która zaczęła pulsować i wciąż działać na jego wrażliwe przyrodzenie. Jęczałam jego imię i nie mogłam przestać, samo przychodziło mi na język i nie chciało odejść.
                    Pojedyncze skurcze traktowały mój cały organizm, gdy próbowałam uspokoić oddech. Poluźnił swój uścisk i odwrócił swoją głowę, znajdując wargami moje usta.
- Kurwa, to było gorące. – Wydyszał w pocałunku. Przymknęłam powieki w odpowiedzi, by przytaknąć bez potrzeby ruszania się ani mówienia.
                    Po kilku chwilach pomógł mi unieść biodra i rozłączyć się, co zostawiło mokry bałagan na nim jak i pomiędzy moimi udami. Opadłam bezsilnie na materac, zakładając jedną nogę na niego i nie odsuwając się od jego twarzy na więcej niż kilka centymetrów. Spojrzałam przed nas, na widok rozległego pola golfowego i piękne słońce, które chowało się za horyzontem. Niall ucałował czubek mojej głowy kilka razy i mocno obejmował, nie wypuszczając z bąbelka miłości.
                    Nasza miłość mieniła się w różowo-złotych barwach zachodzącego słońca. Była najpiękniejszą z najpiękniejszych.